Kołysanka dla przyjaciół

DSCN3559Jestem bardzo śnięta, ale oczywiście nie będę chora i nie będę mogła sobie poleżeć przez tydzień bezkarnie. Ostatnią gorączkę miałam ponad 2 lata temu, gdy synek miał 4 miesiące a ja sięgając do jego łóżeczka przymiażdżyłam sobie jedną pierś i ta zaczęła się palić. Ale nawet wówczas była to mała gorączka i trwała niecały jeden dzień. Tacy jak ja nie chorują. Możliwe zresztą, że wcale nie będę chora, nawet bez gorączki a jedynie przeżywam stresy dnia dzisiejszego, bo miałam dziś kilka stresów za kierownicą. Pierwszy był taki, że śniła mi się laska żądająca ode mnie kupy kasy za zarysowanie jej (wgniecionego wcześniej nie przeze mnie) zderzaka podczas manewrów na parkingu. Kolejny był taki, że wjechałam w Kościerzynie na parking, na którym nie było miejsc, a który był na końcu ślepy. W tym czasie ktoś zwolnił jedno miejsce, ale mi bardzo trudno było się cofnąć szybko i sprawnie, bo opony ciągnęło do szurania o krawężnik. Gdy zastanawiałam się przy jakim ustawieniu kierownicy koła będą proste, laska w dużym czarnym samochodzie wjechała w to miejsce, które wciąż było za mną i zajęła je. Zapłakałam wtedy gorzko  i rzewnie, ale nie zaklęłam. Mąż zaś nie pozwolił mi nakleić jej naklejki o łosim parkowaniu. Zaparkowałam na innym parkingu, dużo dalej od celu. Potem poszliśmy kupić Mężowi Osadników z Catanu i parówki. Po parówki stałam w kolejce jak po mięso za czasów, których nie mam prawa pamiętać. Ludzie kupowali mięso, ja kupiłam parówki. Stałam pół godziny,DSCN3575 bo sprzedawała jedna pani, a druga w tym czasie mieliła mięso zamiast rozładować kolejkę zanim zmieli. Mam nadzieję, że parówki okażą się warte tego stania. To wprawdzie znane parówki, ale za każdym razem smakują inaczej. Potem w mieście Mąż spanikował gdy zbyt długo nie naciskałam hamulca zbliżając się w korku do auta przede mną. Stwierdził, że zachowuję się czasami jakbym nie miała oczu i musiałam zdjąć chroniące mnie od słońca okulary, żeby go przekonać, że oczy mam.

A potem zajechaliśmy na parking za domem, czyli na podwórko. Odkąd naszą ulicę uczyniono strefą płatnego parkowania, zawsze pełna aut ulica stoi pusta, zaś na podwórku, niegdyś pustawym, roi się od bezprawnie tam umieszczonych aut i rozgrywają się dantejskie sceny*. Dla nas nie było miejsca więc wjechałam na trawnik (na pewno rozjeżdżając przy tym wiele psich kup**) w miejsce wątpliwego parkowania. Poszliśmy jeść obiad, a tymczasem miejsce na podwórku się zwolniło. Pobiegłam się przeparkować z rozwianym włosem i sznurówką. Po drodze mogłam zaobserwować, że na podwórko wjeżdża auto należące do pobliskiego sklepu. Nie wiedziałam, czy pilnować wolnego miejsca, czy szybko biec po Lanos, ale auto nie zauważyło wolnego miejsca i zaczęło kręcić się koło naszej Lanii. Już myślałam, że zawraca i zaraz odjedzie, ale nie. Chociaż stałam i czekałam na ten odjazd, kierowca obrócił tak, żeby nas przyblokować i stanął w rogu parkingu blokując wielu. Byłam wściekła. Mocno to przeżyłam, ale znów nie miałam przekleństw, bo jestem taka kulturalna. Potem szłam z Mężem i tym razem miałam pozwolenie na naklejenie łosiej nalepki, ale kierowca auta nosił towar. Zobaczył nas i naszą sytuację, spytał czy wyjeżdżamy i odblokował nas. DSCN3552Kulturalnie wszystko. Mąż jest taki kontaktowy. Mąż przestawił auto bo ja nie miałam już nerwów na siadanie do manewrów. I zapomniałam o moim największym stresie zakierowniczym i największej przykrości jaką mi wyrządzono. Otóż kiedy Mąż zauważył, że się popłakałam a ja wyznałam szczerze, że nie umiem manewrować, to powiedział „wiem, to widać”. Jak żyję nie słyszałam bardziej gorzkich słów.

A poza tym dziś przyjechał nasz nowy laptop, drugi już. Pierwszy jest w trakcie zwracania i okazał się mieć uszkodzony procesor a sprzedawca najpierw zainstalował system, potem dopiero wymienił procesor i nie sprawdził, czy jest dobrze. Nowy laptop wizualnie powala dyzajnem i cenę tez miał atrakcyjną, ale uroczyste odpalenie odbędzie się dopiero po powrocie Męża. Z Mężem wraz też będziemy czytać pasjonującą powieść o dzieciach w naszym wieku. Tego to nie mogę się doczekać i przeżywam prawdziwe katusze czekając na wieczory i wspaniale ćwiczę silną wolę nie podczytując jej sama. W kwestii jedzenia galaretek nie mam tyle silnej woli. Galaretki idealnie regulują mi cukier, ale żołądek ich nie trawi.
DSCN3690
A poza tym, to marzę o owerloku. I o minki w każdym kolorze. Ale mam już kilka kolorów minki- po ćwiarteczce, zaś owerloka nie mam a byłby idealny do zszywania kawałeczków minki. W sobotę przeczytałam pozytywną opinię o owerloku z Lidla, co pozwoliło mi zacząć marzyć o owerloku 3 razy tańszym niż do tej pory marzyłam. Ponadto, w naszym Lidlu wciąż stoją bądź tez leżą 3 owerloki, co pozwala marzyć o czymś osiągalnym, przynajmniej fizycznie.

A jeszcze poza tym, to widzieliśmy dziś sarenki z bliska i wciąż mają białe pupy i ogólnie są szare. Zapewne nie zmieniają futra, bo wiedzą, że jeszcze będzie zima. A wypatrzyłam je oczywiście ja. Dwie sarenki żyją sobie przy drodze za płotem i można się zatrzymać i popatrzeć.

A jeśli chodzi o krzyż w Płocicach, to został on naprawiony. To dobrze.

*Dziś byłam świadkiem jak pani z Wejherowa odgrażała się panu w długim samochodzie, że zawoła kogoś, bo nie mogła przez niego (tego pana, nie kogoś) wyjechać, ale pan jej rzekł, żeby cicho siedziała, bo sama wjeżdżając dwa zakazy złamała.

**I niniejszym przyznaję tu, że za psami nie przepadam, ale jeszcze bardziej nie lubię ich panów. Najbardziej w psach, czyli w ich panach w zasadzie przeszkadza mi, że nie sprzątają psich kup. Kościerzyna jest ich pełna, podwórko za domem w Gdańsku też. Wczoraj wdepnęłam raz, Mąż, który kocha, wyczyścił mi but i dziś znów wdepnęłam***, a prawie nie opuszczam chodników. Na wsi, gdzie psy biegają samopas, kup praktycznie nie ma, co daje pewne pojęcie o tym, kogo należy nie lubić. Ale psy także szczekają. Jeśli ktoś po psie sprząta, a pies nie szczeka za dużo, zwłaszcza w nocy i bez powodu, to ja na takim psie nie wieszam psów i akceptuję go. Ale nie pogłaszczę, bo rzadko kiedy pies bywa miły w dotyku. Bezpański kot to jest czysty i miły, a pies, nawet domowy to jest taki, że jak się dotknie, to ręka zaraz zasyfiona. Ale to nie ma wpływu na moje lubienie psów, bo ich nie tykam.

***Wyobraźcie sobie jaką udręką jest prowadzenie auta z psią kupą pod butem. Każdy ruch nogi aktywuje zapach!

DSCN3684To zdjęcie jest w dużym formacie, żeby pokazać jak biegnę kiedy akurat nie kuleję. Dzięki temu zdjęciu można mnie bardziej podoceniać.

Reklamy

Stówka to prawie jak pocztówka

DSCN8388Oto wpis specjalnie dla menażera bloga. Nie jest wcale fikuśny, bo nawet ja nie wymyślę nic fajnego gdy nogi moje muszę bez przerwy drapać. A muszę gdyż pogryzło mnie bydło, czyli komary albo inne giezy. Cała fajność wpisu zawdzięczana będzie temu, że było fajnie. A fajnie było mimo odparzonej pupy dzidziusia. Przedłużyliśmy weekend gdyż niespodziewanie tata wyjeżdża nagle i w dobrym tonie było pobyć z rodzicami co nieco więcej. Ja oczywiście nie miałam przyobiecanych spań synka dla siebie i na swoje sprawy. Nie miałam też wieczorów na pisanie wpisów na blog, chociaż nie odbywało się moim kosztem nic lepszego.

Przede wszystkim chciałam niniejszym wykorzystać blog do nagłośnienia sprawy szalonej krowy z Lizaków. Lizaki są piękną wioseczką, dosyć nudną i mało obfitującą w atrakcje, ale malowniczą i można spędzić tam nawet pół dnia delektując się. Spędziliśmy tam czas z dzidziusiem. Odbyliśmy spacer w cieniu przez las, widzieliśmy dwa traktory, kurki, gąski, DSCN8574kamienie. Synek zrywał kwiatki i karmił nimi co popadło, ale nawet kura z kulawą nogą nie chciała jego kwiatków. Zignorowaliśmy psa, który szczekał. Na koniec wyprawy udaliśmy się na pastwisko, gdzie pasło się młode krowię. Synek jest ufny i cudowny więc zrywał kwiatki i podchodził z nimi do bydlęcia, ale ono było kiepskie i ignorowało uciekając głupkowato. W końcu postanowiło zwierzę zaszarżować jeszcze głupiej i ruszyło w szarżę oplatającą dziecięce nóżki. Było to wczoraj. Otarcia są do dziś. Na szczęście tylko otarcia, gdyż nasz mały Stasiu wywrócił się wdzięcznie na murawę ratując swoje zagrożone przez krowę życie. Bydlę chciało zabić nam synka poprzez oplecenie go łańcuchem! Synek zupełnie nie wiedział, co się dzieje, a mimo to dał sobie radę.

Później z kolei widzieliśmy sarnę od frontu i sarna to jest zwierzę szlachetne (ale nie widzieliśmy jej tyłu i nie wiemy, jaką ma pupę). Sarna jest subtelna, delikatna i NIKOMU nie zrobi krzywdy. Gdy ucieka, to skutecznie, a nie dla zamanifestowania faktu swojej ucieczki. Jest ciekawa i patrzy mądrze a nie głupio.DSCN8758 Zobaczyć sarnę od frontu to sama przyjemność. Zobaczenie sarny kontra zobaczenie krowy to jak frykas kontra przeżuty i wypluty kąsek. Porównanie zresztą pasuje, bo krowa przeżuwa jak nikt. Dziczyzna zaś jest rarytasem*. A ja po tamtych zdarzeniach nie wypiję już nigdy mleka od krowy, chyba że uhate albo zagotowane. I do krowy tez nie odejdę i krowy na tym stracą.

Wędrowaliśmy przez lasy i żywiliśmy się owocami leśnymi, czyli jagodami, poziomkami i malinami, a także biszkoptami z socjalistycznego i niezaopatrzonego sklepu w Grzybowie. Zjedliśmy prawdziwy polski obiad w dyskotece pod Łubianą, gdzie trafiliśmy przypadkiem. O dziwo jedzenie było smaczne, ale samo miejsce nocą prawdopodobnie zamienia się w mordownię i staje się świadkiem licznych gwałtów, gdyż była to prawdziwa wiejska dyskoteka jak w artykule z Newsweeka sprzed lat i jak w książce ‚Ono’, też sprzed lat.

Dzień wcześniej z kolei zostawiliśmy babci uśpione dziecię i udaliśmy się z dziadkiem na żaglówkę celem opłynięcia największej wyspy. Byłoby fajnie, ale nie wiedzieliśmy że zgłodniejemy i że jak będzie wiało, to zmarzniemy.

A jeszcze dzień wcześniej byliśmy w kajaczku na jeziorzeDSCN8967 i było ekstra. Nie ma dowodów, ze było ekstra, bo aparat został w auteczku w obawie przed zatopieniem. Pod koniec kajaczka przestało być ekstra, bo ten, kto siedział z przodu i wiosłował rzadziej, ale za to całą sobą i skuteczniej, doznał bólu zadka. Przy zadku pozostając, to skoro tylko wyszliśmy z kajaczka i poszliśmy jeść, zadzwoniono po nas, że umiera nam dziecko. Przypuszczano, że dziecko ma udar, pytano czy wezwać lekarza. Wzywano nas bezzwłocznie. Synek okazał się mieć zwykłe odparzenia, wywołane permanentną defekacją, którą z kolei wywołało wypuszczanie zaległej dwójki, której miało nie być. Ona już jest! Synek z obawie przed dotknięciem czerwonych genitaliów darł się tak, że aż drżały szyby w oknach i jego własna warga drgała. Dla nieobytego obserwatora takie drganie wargi może być trwożące. Zamiast siedzieć i patrzeć jak dziecko niknie w oczach, zabraliśmy je w las. Wówczas dziecko zrobiło nam ósmy tego dnia stolec, ja je odwiozłam do domu na kąpiel i dziecka już nie wypuszczono. Mąż asekuracyjnie został w głębi lasu i ja musiałam po niego pojechać choćby po to, by go przywieźć. Wykorzystaliśmy sytuację by pość na chwilę spaceru. Mąż, który kiedyś orientował się w lesie, a ostatnio tą orientację stracił i jeszcze nie jest tego faktu świadomy, poprowadził nas tak, że wbrew oczekiwaniom wylądowaliśmy w egzotycznej nigdy nieodwiedzanej DSCN8402wsi Szenajda. Gps w telefonie nie potrafił odnaleźć ani tej wsi ani celu, do którego zdążaliśmy. A zapadał już zmrok. Szczęściem wciąż popychaliśmy pusty wózek, w którym był kocyk do owinięcia się. Spytany o drogę pan nie bardzo zrozumiał i ostrzegł, że przed nami wiele kilometrów. Szliśmy w chłodzie i mroku rozświetlanym tylko przez pełnię i przypadkiem szczęśliwie na drodze, która miała być jedynie tranzytem w długiej wędrówce, po zaledwie 40 minutach marszu, spotkaliśmy nasze auteczko.

We Wdzydzach w niedzielę, gdy trwał jarmark wdzydzki i świecił upał, więc ludzi było mniej więcej tyle co na Papieżu w Pelplinie w 1999, na chodniku znaleźliśmy 100 złotych. Mąż miał duże opory przed podnoszeniem ich, ale ustaliliśmy, że jeśli staniemy nad nimi (czego zrobić nie mogliśmy, bo musieliśmy pędzić do dogorywającego dziecka, które zasnęło akurat gdy przyjechaliśmy), to szanse, że właściciel nas zagadnie o nie są znikome. DSCN8670Wysoce prawdopodobne było, że pieniądze znajdzie ktoś inny, komu akurat przydadzą się do piwa. Jeśli chodzi o okazje takie jak ta, to mój Mąż, niczego mu nie ujmując, jest frajerem:) Przekonałam drogiego Małżonka, że stówki nie zgubił ktoś, kto tylko stówkę miał, bo jedynej stówki nie miętosi się w gaciach, lecz szanuje. Nie zgubiło ich też dziecko, dla którego byłby to majątek, bo dzieci raczej korzystają z mniejszych nominałów. I nie zgubił tego ktoś, kto właśnie szedł nakarmić biednych. Były to pieniądze na imprezę, więc przeznaczyliśmy je na najlepszą imprezę jaką znamy- wsparliśmy nasz lokalny Caritas. Przelew już poszedł, więc gdyby właściciel stówki z Wdzydz chciał ją odzyskać, to polecam zwrócenie się bezpośrednio do Caritasu.

A Mąż, który bywa frajerem, został dziś obdarowany dwiema koszulami, które go wyrażają. Fajniejsza z nich jest firmy ‚shiteshirts’, co nie jest za ładną nazwą dla firmy. Co gorsza, nie za ładna nazwa widnieje tuż nad kieszonką, ale ja troszeczkę umiem szyć i wszyję mu tam chusteczkę, do tej kieszonki, żeby wystawała. Wszak jesteśmy minimalistami i nie potrzebujemy lansować marek. DSCN8255Przy okazji przymierzania koszuli stała się dość przykra rzecz, bo nagle zajechało psią kupą. Mąż twierdzi, że to woreczek śmieci przygotowany do wyniesienia (zawierający pieluszkę) ciekł i on Mąż, zgodnie z poleceniem, użył szmaty i wytarł. Wytarł tak, że została jeszcze większa kałuża i ja tę kałużę oraz kapciuszki nasze starannie umyłam, ale źródło zapachu pozostaje tajemnicze i intensywne i ja osobiście podejrzewam koszulę. Możliwe jednak, że to laptop jest interaktywny 7D.

EDIT: Laptop jest niewinny i koszula nawet jest niewinna. A najbardziej niewinne jest dziecko, które spało smacznie. Ja obrobiłam w życiu co najmniej 2000 zadefekowanych pieluch i nie wiem jak mogłam podejrzewać pieluszkę własnego dziecka. W zasadzie i Mąż jest niewinny, chociaż to on poczuł i rozniósł wszędzie. Winna jest MOZZARELLA. Leżała od miesiąca w lodówce przeterminowana i wczoraj wyrzuciłam nabrzmiałą od fermentu a ona popuściła cuchnącą nutę.

W naszym auteczku zaś jest nowiutki kaseciak. Działa, odtwarza kasety, uruchamia się zawsze na minimalnej głośności i gaśnie wraz z gasnącym silnikiem. Kosztował nas 33 złote, co jest dużym komfortem dla portfela w tym miesiącu. Chcieliśmy mieć odtwarzacz cd, ale nie potrafiłam wyjąć radia, ja Cytrynna sierotka.

*My oczywiście nie zjedlibyśmy sarenki i to nie z pobudek ekonomicznych.

DSCN8865

DSCN8527

Sarny nadal mają białe pupy

DSCN5821Spędziliśmy dziś cały dzień na dworze i przyszło nam wracać o zmroku. Wracanie o zmroku miało tę zaletę, że grasowały sarny i jedną z nich udało nam się sczapić (oklaski dla refleksu i spostrzegawczości naszego kierowcy). Efekty spotkania są takie, że mamy nowe sarnie zdjęcia i wiemy, że mimo wiosny, sarny zachowały białe pupy. Być może zatem pupy saren są białe nie tylko zimą, albo sarny wiedzą, że to nie koniec zimy. W lasach leżą roztopy i gdzieniegdzie jest ciężko. Gdybyśmy nie mieli terenowego auta, to nie wiadomo, czy mogłabym teraz do Was pisać.

Przy okazji wyjaśniło się, że Mąż raczej nie jest jaszczurką, bo wygląda zgoła inaczej. Obecność jaszczurki, która pod wpływem wydzielanego przez Męża ciepła gazowała, świadczy jednoznacznie o wiośnie. Jej gazowanie pod wpływem ciepła mojego własnego Męża stawia jednak pod znakiem zapytania, czy mimo wszystko nie jest on aby jaszczurką.

A ja odkopałam dziś z szafy moją bluzę sprzed lat (tą, w której całowałam się po raz pierwszy), zażyłam rano energetyzujący żeń-szeń  i przez cały dzień czułam się młodo i szczęśliwie. Możecie porównać sobie Cytrynnę sprzed lat, która nie może przestać się uśmiechać z Cytrynną, która się w ogóle nie zmienia.

Jutro, jeśli pod wpływem porannego wstania i powrotu do przytłaczającego miasta, nie poczuję się bardzo stara, zrobię wpis trochę bardziej o synku, jego interakcjach ze zwierzętami i o tym, czy ktoś go lubi. DSC02437

DSCN5439

Od lesera do bohatera

DSCN9655Po prawie dwóch latach nieprzytrafiania nam się takich rzeczy, wczoraj znów przytrafiła nam się taka rzecz. Nie chodzi o ciążę, chociaż mdłości towarzyszyły mi wczoraj cały dzień. Mdłości jednak można wyjaśnić złośliwym, niespodziewanym i usiłującym zepsuć weekend atakiem zatok, po którym dziś NIE MA ŚLADU.

Skutkiem tej rzeczy, która przytrafiła nam się wczoraj są niesamowite zakwasy u mnie pod żebrami. Zbudziwszy się dziś, poczułam je i doznałam zaskoku. AKURAT WCZORAJ to ja brzuszków nie robiłam. Towarzyszą mi te zakwasy od rana i już je nawet rozćwiczyłam, ale aż do wczesnego popołudnia nie miałam pojęcia skąd są. Pracując w kuchni nad zdrowym obiadem bez smaku dla moich chłopców poczułam też zakwasy w bicepsach, dodałam dwa do dwóch (a przecież jestem matematykiem) i przypomniało mi się: przecież ja wczoraj podnosiłam samochód!

A DSCN1836było tak: byliśmy na wsi i już drugi dzień utrzymywała się pogoda wymarzona. Wszyscy usmarowaliśmy sobie twarze kremami, zapakowaliśmy mnóstwo prowiantu, buty i kombinezony na zmianę dla tych z nas, którzy planowali się przemoczyć. Był też i termofor na rozgrzanie zmarzniętych rąk tych z nas, którzy gubią rękawiczki. Wszystko było. Nie było tylko pewności, czy odpali samochód, wszak nocą temperatury spadły nisko, a my, niezaprawieni w zimowych pobytach na wsi, nie pomyśleliśmy o tym, co kiedyś robiliśmy zawsze, czyli o wyjęciu akumulatora. Ponieważ jednak mamy do czynienia z Lanosem, odpalił i zaraz zerwał się do biegu. Bieg był przedni a za kierownicą siedział Mąż, który też nie jest ostatnio szczególnie zaprawiony. Należało po pierwsze jakoś zawrócić na drodze, gdyż jak zwykle pług zasypał podjazd. Ja kiedyś próbowałam zawracania poprzez pętlę śladami pługu i utknęłam, ale Mąż o tym nie wiedział, bo nie było go wówczas, gdyż pracował w mieście a nie było to dość istotne by opowiedzieć DSCN9967później*. Mąż spróbował zawracania po pętli śladami pługu. Pętla biegnie pod górkę, a śnieg był jaki był po zimnych nocach i ciepłych dniach. Lanos, mimo wielu koni pod maską, stanął i zaczął bezradnie kręcić kołami w miejscu. Tak, to właśnie to! Zakopaliśmy się! Zupełnie nie jak zwykle, tym razem przytrafiło nam się coś pod domem (ostatnią rzeczą która przytrafiła nam się pod domem było moje wjechanie w płot i rozcięcie opony- półtora roku temu). Zaletą przytrafienia się czegoś pod domem jest dostęp do sprzętu. Odkąd jeździ z nami Stasio, nie wozimy już łopaty do odśnieżania, gdyż nie zmieściłaby się, więc gdybyśmy się zakopali gdzie indziej, to byśmy tam tkwili. Będąc jednak pod domem mogliśmy użyć łopat i łopatek i kopać. Kopał głównie Mąż, gdyż mi się kręciło w głowie przy pochyleniu się. Ja robiłam za lesera (a Staszek, nasz główny leser, mógł odpocząć dzięki mojemu wzięciu na siebie tej funkcji). DSCN9989Przynosiłam łopaty, ale głównie siedziałam w samochodzie i pokazywałam Staszkowi moje rękawiczki, na których mam krzyże (brytyjskie flagi konkretnie), a on cieszył się, pokazywał je naprzemiennie i mówił „ksiś”. Sytuacja przedstawiała się beznadziejnie – mimo kopania, ruchy wprzód i w tył były ograniczone, lub w przypadku trafienia w dołek- niemożliwe. Wiadomo, że zakopany samochód odkopuje się metodą prób i błędów, czyli po trochu aż nie uda się wyjechać. Nikt przecież nie odśnieży wszystkiego na zapas. Można przy tym zużyć cały akumulator, więc jest to taka odmiana zabawy w tchórza- jak mało da się odkopać w czasie gdy akumulator wciąż jest zdolny do odpalenia. Hardkorowcy pewnie używają jeszcze sobie na postoju radia zużywając dodatkowo akumulator, ale my nie mamy radia, więc bawiliśmy się w tchórza soft dla mięczaków.

DSCN1878Żeby ulżyć Mężowi, który tak kopał postanowiłam popchać. Zwolennicy równouprawnienia i feministki rzekliby, że on powinien, ale ja jeszcze nigdy nie miałam okazji PCHAĆ SAMOCHODU, więc chciałam, zwłaszcza, że to nie wymagało pochylania się i mogłam zrzucić z siebie część balastu bycia leserem i w ogóle pomysł był mój, więc należało mi się. Miałam wszelkie szanse w 5 minut zostać bohaterem i zgarnąć całą chwałę. Zostałam więc tym, kto pchał. Było to miłe.  Pchałam pulsacyjnie a Lanos się bujał i nic mu to nie pomagało. Ci w środku twierdzili później, że było fajnie. Ale nic nie dawało. A ja pchałam. Na darmo. Ale za to fajnie. Z czasem Mąż wykopał jednak (metodą prób i błędów) piękny szlak przejazdu i jak ruszył to ja nawet nie zdążyłam aparatu włączyć. Pojechał biorąc między koła jałowiec, który zawsze też pług bierze.

Z DSCN1603niespełna godzinnym opóźnieniem wycieczka ruszyła. Masowałam zatoki i było mi cały czas niedobrze. Zatrzymaliśmy się w lesie i przesiedliśmy na sanki. Widzieliśmy sarny ale uciekły na dźwięk szurający sanek zanim włączyłam aparat.  Nie był włączony, bo Mąż każe oszczędzać baterie. Mamy ich tylko 5, a najlepsza gdzieś zaginęła. Baterie marzną na zimnie i działają krócej. Cały czas było fajnie. Wiatr, wbrew portalowi pogodowemu zapowiadającemu wichury, nie wiał wcale. Staszek co i raz znajdował sposób by spaść z sanek- czy to do przodu, czy na boki. Gdy nie szło mu spadanie, wyrzucał butelkę. Znaleźliśmy opuszczony dom i zjedliśmy tam pierniczki. Było ciepło i Staszkowi się podobało, mógł eksplorować i wchodzić na stopnie. Znaleźliśmy też prywatne jezioro i chodziliśmy po nim. DSCN1847Gdy wracaliśmy, przewracali się i starsi z nas. Staszek, celem pozostania w centrum uwagi postanowił porzucić rękawiczkę w śniegu na postoju. Rękawiczka nie spadła, lecz została porzucona, co dokumentują zdjęcia. Brak rękawiczki zauważono bliżej samochodu niż miejsca porzucenia, co wydłużyło spacer znacznie. Matka, jako skłonna do poświęceń oddała jedną ze swoich synowi jako temu, który poświęceń wymaga i on bardzo się podniecał tym, że on ma ksiś i mama ma ksiś. Odwróciło to jego uwagę od faktu, że jest zmęczony i powinien urządzić awanturę. Gdy doszliśmy do auta, mnie już nie było. Chłopcy jakoś sobie poradzili a ja do świata półżywych powróciłam po około 3 godzinach snu. DSCN1856

Gdy spałam ja, spał i Staszek. Każde z nas w innym pokoju i w innym łóżku. Mąż spacerował po okolicy i był też na łące, która jeszcze rok temu była do kupienia NAPRAWDĘ tanio**. Ponieważ nie miał żadnych sanek, to był cicho i gdy zobaczył sarny, nie uciekły mu. Nakręcił całe dwa filmy o nich i zrobił dwa pełne zdjęcia saren z ich białymi pupami zimowymi. Prawdopodobnie to były te same sarny, co przed południem i chciały wynagrodzić nam to, że nie dały się sfocić wcześniej. Sarny mają takie białe pupy.

Dzień wcześniej odwiedziliśmy też sklep z rzeczami dla młodszego rodzeństwa. Staszek bardzo się podjarał rzeczami dla młodszej siostry i sam sugerował, że to już czas. On jest bardzo opiekuńczy. Gdy je, karmi lalę. Gdy jest przewijany, rozbiera lalę. Gdy jest w sklepie z rzeczami dla młodszych sióstr, troszczy się o co może i nosi fotelik jak koszyk.

DSCN1818*Tego dnia jełop naciągacz wjechał mi w zadek i okłamał policjantów, że to ja się na niego cofnęłam i przeżywaliśmy mandat, który mi  za to dali, więc utknięcie w zaspie naprawdę zeszło na jeden z ostatnich planów.

**To było naprawdę zupełnie tanio i w dodatku mnóstwo połaci terenowych. Nawet nas PRAWIE byłoby stać, bo to mniej więcej tyle, co nowy średni samochód  z salonu. Chcieliśmy to mieć i tata też chciał żebyśmy to mieli. Z dwutygodniowym Stasięciem udawaliśmy się do urzędu gminy pytać o te połacie i panie tam nie potrafiły udzielić żadnej informacji odnośnie ich przekształcania czy też zagospodarowania i planu i czegoś tam jeszcze. Tata był zainteresowany faktem, żebyśmy mieli o ile można byłoby zwiększyć wartość połaci poprzez ich przekształcenie na połacie budowlane. Panie z urzędu poleciły czytać biuletyny informacji publicznej i śledzić, czy a nuż coś napiszą. Pewnego dnia na działce pojawił się facet i tata z nim rozmawiał. Facet spłoszył tatę mówiąc o planie „natura 2000”, który nie pozwala na NIC. Wkrótce potem dowiedzieliśmy się, że działka zmieniła właściciela. Doniósł nam o tym geodeta pokazujący granice. Tak oto nie zostaliśmy bezdomnymi ziemianami.

DSCN2056

DSCN9620

DSCN9694

DSCN1809