O słomie w butach i misiu na zamku

DSCN0200Podobno wielu z Was chce się dowiedzieć, co było dalej po tym, jak nie dotarliśmy w Bieszczady. Podobno niektórzy wątpią, czy rzeczywiście spędzamy lato w górach tak jak sobie to zaplanowaliśmy jeszcze milion miesięcy temu. Podobno są i tacy, którzy codziennie tu zaglądają w poszukiwaniu informacji skąd wzięliśmy kasę na to by choć raz w życiu nie musieć skąpić i żydzić, lecz szaleć i kupować pamiątki i atrakcje gdzie tylko się da. Dostałam też wiadomość od anonimowej czytelniczki z Tubądzina, że bardzo jest ciekawa, w jakiej roli wystąpi na blogu Małgosia z Mazur.

Otóż spędziliśmy 3 dni na atrakcjach około-szczawnickich. Zwiedziliśmy zamki w Czorsztynie i Niedzicy, płynęliśmy statkami po jeziorze, chłopcy płynęli tez Dunajcem (ja nie, bo mały Ursus by nie wytrzymał DSCN0064na jednej pupie dwóch godzin, a ja zgodziłam się poświęcić i nie płynąć, gdyż dzięki temu zaoszczędziliśmy 50zł, za które później kupiłam sobie bluzę w kropki w sklepie C&A. Jeśli ktoś szuka tutaj porady, to ja radzę czytelnikom kupić bilety na spływ on-line, gdyż w przeciwnym razie istnieje ryzyko, że będzie się czekało długo w kolejce i nie starczy czasu na inne atrakcje a dwugodzinny spływ zajmie cały dzień. Wjechaliśmy na Palenicę, zeszliśmy z niej. Nasz starszak okazał się być dobrym przewodnikiem na szlakach. Jedliśmy lokalne lody szczawnickie i krościeńskie. A potem pojechaliśmy w okolice Sandomierza. Jechaliśmy wiele godzin choć kilometrów było niewiele ponad 200, ale GPS nas wiódł trochę dookoła. W sobotę odbył się ślub kuzyna, na którym było bardzo dużo dzieci i było bardzo miło. Tego, że będzie miło spodziewaliśmy się, bo lubimy gdy pary łączą się ze sobą na całe życie, ale ilość dzieci na ślubieDSCN0506 i ich pozytywna aklimatyzacja była dla nas szoczkiem, bo w naszym środowisku dzieci jest mało i są to głównie nasze dzieci. A w niedzielę Mąż przeskoczył samego siebie, bo wziął dzieci do lasu a mnie dał godzinę (plus czas na dojazd) i pozwolił pojechać do centrum handlowego, gdzie mogłam kupić sobie wspomnianą bluzę w kropki, t-shirt za 19,90 i pakiet przecenionych skarpetek. Kupiłam też przecenioną piżamę z misiem, która zawsze będzie mi przypominała o tamtej niedzieli. Oni byli w lesie, a ja miałam święto lasu, bo na co dzień w ogóle nie bywam w sklepach z ubraniami i widać to po mojej garderobie.

Jak to się stało, że po ślubie też nie pojechaliśmy w Bieszczady? Otóż kuzyni polecili nam na drugi etap wakacji Krynicę jako miejsce pełne deptaków i korzystne dla ludzi obarczonych dziatwą. Krynica rzeczywiście okazała się korzystna, ale niekorzystna była pogoda. Wjechaliśmy na Jaworzynę Krynicką i zeszliśmy z niej łapiąc po drodze deszcz. Bardzo za to przypadła nam do gustu Muszyna, którą odwiedziliśmy aż 3 razy- raz byliśmy w tamtejszej uroczej kawiarni Szarotka, raz w sklepie słowackim po czekoladę i w ruinach zamku, a ostatni raz tuż przed odjazdem do domu, gdyż musieliśmy kupić dużo czekolad, kilka butelek Kofoli i kilka piw dla naszych fanów i przyjaciół. Pech chciał, że niepotrzebnie wieźliśmy Złote Bażanty, albowiem w tym samym czasie można je było złowić w Biedronkach. DSCN1053Ponieważ w Muszynie jedliśmy jeszcze obiad i słaliśmy stamtąd ostatnie kartki, przyszło nam w podróż do domu wyruszyć o 18. Był to piątek, 29 lipca i planowaliśmy, że po północy, czyli już w sobotę, zajedziemy do Maczka na przekąskę. Nasze złote dzieci szybko posnęły, a my jechaliśmy zielonym wehikułem przez Polskę oszukując GPS- wybrałam trasę zawczasu i prosiliśmy GPS o wskazywanie drogi tylko na etapach, o które sami pytaliśmy. Dzięki temu nie zwiódł nas na bezdroża. Umiemy już obsługiwać GPS. Niespodzianką byli panowie policjanci czekający na nas na skraju Kazimierzy Wielkiej, miasteczka z Rossmannem* i stacją benzynową. Do Kazimierzy dojechałam za takim jednym wołem, którego nie szło wyprzedzić  i on akurat chwilę wcześniej zjechał ze wspólnej trasy. Już miałam wcisnąć gaz i przypomnieć autku kto najczulej gra na jego pedałach, lecz ujrzeliśmy stację Orlen z bardzo korzystną ofertą na LPG. Zatrzymaliśmy się tam i stamtąd wypatrzyliśmy tych miłych policjantów, bo było ich widać ze DSCN1499stacji, a z drogi to nie. Dzięki dobrej cenie gazu uniknęliśmy niekorzystnego mandatu. A skoro o miłych policjantach mowa, to pod Krynicą obrotny wulkanizator ustawił trefny radiowóz pełen podrobionych policjantów i każdy frajer, który jedzie do Krynicy po raz pierwszy, zwalnia na jego widok, bo łatwo nabrać się. Za drugim razem obrotny wulkanizator może tam ustawić prawdziwy radiowóz, a bywalcy nie zwolnią i wulkanizator wespół z Urzędem Skarbowym w Opolu** zarobią na tym.

Około 23 po łyknięciu napoju gazowanego Burn (pierwszy raz w życiu zresztą) wjechaliśmy w końcu na autostradę. Niestety pierwszy Maczek mijaliśmy grubo przed północą (czyli wciąż w piątek) i nie mogliśmy skorzystać z dobrodziejstw oferowanych przez tę ekskluzywną amerykańską restaurację. Pod kolejny zaś Maczek przyszło nam zajechać dopiero koło pierwszej i wówczas Maczek okazał się już nie wydawać bułek. Było nam bardzo przykro. Zawodu, którego doznaliśmy, nie da się opisać słowami.

DSCN1663Ostatnią niespodzianką na trasie było nagłe zabraknięcie gazu w baku naszego wehikułu tuż przed bramkami autostradowymi. Gazu było obliczone i zapewnione tyle, by wystarczyło do domu a potem jeszcze na stację, ale nocą po autostradzie jechało się tak szałowo, że Mąż nawet nie protestował, gdy pędziliśmy 140km/h ani gdy 140 przekraczaliśmy. A okazuje się, że wówczas spalanie jest większe. Nic to jednak, bo tuż za autostradą mogliśmy zajechać na ustawioną tam w tym celu stację.

Na koniec dla wytrwałych relacja Małgosi prosto z Mazur. Małgosia oczywiście ma inne imię, ale chronię tu jej dane osobowe. Małgosia przybyła do Krynicy w piątek, 3 dni przed nami więc była do przodu i mogła nam mówić co i jak z atrakcjami. Mówiła do bólu, a przy tym do nas. Przyznała, że jako dziewczyna z Mazur jest wprost uzależniona od basenów i ledwo przyjechała, musiała do jakiegoś wskoczyć. To zupełnie jak górale, którzy gdy tyko gdzieś przyjadą, muszą wspiąć się chociażby na niewielki pagórek i my, ludzie DSCN2568znad morza, którzy gdziekolwiek się pojawimy, musimy sobie posolić i solidnie schłodzić wodę, w której się wykąpiemy, a podłogę w łazience wysypać piaskiem przywiezionym wraz ze słomą w butach. Ale wracając do Małgosi, to dotarła w ten piątek o 16, wyjechawszy już o trzeciej w nocy zgodnie z maksymą, że jak ma się do przejechania dużo, to należy wyruszyć wcześnie. Ona przejechać musiała 600km i podobnie jak nas, ją również GPS jakoś dziwnie prowadził. A wybrała na swoim GPSie, żeby omijał autostrady, co jest o tyle dziwne, że gdy spojrzycie na siatkę autostrad, nie znajdziecie żadnej łączącej Mazury z Krynicą. Powiedziała też, że jak szybko jedzie, to jej japończyk*** się trzęsie i zrobiło nam się przykro, bo japończyk wyglądał na znacznie nowszy od naszego Lanosa, a Lanos wyprodukowany w Polsce się na autostradach nie trzęsie.

*Rossmann w miasteczku świadczy o tym, że nie jest bardzo małe nawet gdy statystyczny czytelnik nigdy o nim nie słyszał.

**Raz dostałam mandat i musiałam wpłacić pieniążki na rzecz Urzędu Skarbowego w Opolu, więc chyba właśnie tam trafiają mandaty. Szczerze tu przyznam, że już wolałabym wspomóc rodzinę pana policjanta z mojego regionu niż Urząd Skarbowy w Opolu, ale nie wolno.

***japończyk to oględne określenie samochodu z Japonii, nie trzeba pisać dużą literką, bo nie chodzi o pana z Japonii.

DSCN1231

DSCN1353

DSCN1858

DSCN2001

DSCN2047

DSCN2130

Reklamy

Krótka opowieść o tym, jak nie dotarliśmy w Bieszczady

DSCN9178Wpis ten powinien był powstać prawie miesiąc temu i wówczas byłby aktualny. Teraz aktualny w żadnym razie nie jest, ale wciąż ma szanse zachęcić kogoś do wyjazdu na wakacje. Nawet jeśli macie dzieci, stary samochód albo mało zarabiacie.

Właściwie to ja nic nie zarabiam. I nie oszczędzaliśmy przez cały rok z myślą o wakacjach, bo niby jak*. A samochód ma 17 lat i podczas tej podróży stuknęło mu 200 tysięcy.

Pretekstem do podróży był ślub kuzyna w okolicach Sandomierza. Pomyśleliśmy, że skoro już nas zaproszono, to szarpniemy się na prezent i pojedziemy. Wszak z Pomorza nie jechał nikt bardziej reprezentacyjny i lepiej obeznany z savoa vivrem od nas, więc mieliśmy szansę nie tylko wypaść relatywnie dobrze jako przedstawiciele Pomorza, ale i odnowić relacje rodzinne. Zdradzając przedwcześnie, że na ślub dotarliśmy i tym samym burząc napięcie, powiem, że przed kościołem stało jeszcze jedno auto na gdańskich numerach, ale później okazało się, że koleś je dopiero co kupił.

DSCN9181Jako, że Sandomierz leży rzut beretem od Bieszczad i praktycznie w linii prostej na drodze od nas do owych Bieszczad, pomyśleliśmy, że jest to niebywała okazja by odwiedzić tę osławioną krainę, o której poeci śpiewają takie ładne piosenki. Czy ktoś spośród romantyczniejszych czytelników nie chciał mieć bukowego domu, budzić się o 4 nad ranem i wędrować po zielonych wzgórzach nad Soliną? A kto z Was jako dziecko nie uczył się śpiewać o bieszczadzkiej ciuchci?  Jakimś cudem całą romantyczność naszego związku spędziliśmy w Tatrach jedynie słuchając piosenek o Bieszczadach. Ale przecież gdy ma się dzieci, można nadrobić takie zaległości, prawda?

We wtorek 19 lipca wyruszyliśmy. Był to idealny dzień na podróż, gdyż był pochmurny ale nawet gdyby taki nie był, to i tak jechalibyśmy tego dnia. Chciałam jechać o piątej rano, bo słyszałam, że jak ma się dużo do przejechania, to powinno się wyruszyć wcześnie**. Jednak dzień wcześniej zarwaliśmy noc, więc nie mogliśmy się spakować wieczorem. Padliśmy o 22 (też dobrze, bo przed podróżą należy wyspać się). I nastawiliśmy budzik na 6. Rano, oprócz DSCN9186pakowania i przygotowywania warzyw i owoców na podróż, czekało nas jeszcze zamawianie prezentu. Było niesamowicie sprytnym posunięciem, że zamówiliśmy prezent na adres pana młodego, dzięki czemu nie musieliśmy go ze sobą wozić i uważać. Upychanie tobołków w aucie nie należało do najłatwiejszych. Ale tu znów było sprytnie. Siatki z ubraniami i bielizną każdy miał osobne i opisane na wierzchu. Przez całą podróż mieliśmy dzięki temu porządek. Wyruszyliśmy o 10:30, ale tylna szyba była w pełni przejrzysta, co jak wiadomo jest istotne podczas wyprzedzania a ja na autostradzie wyprzedzałam ciągle, ale znów wyprzedzam fakty i burzę napięcie.

Mieliśmy do przejechania 778 kilometrów, więc uznaliśmy, że szarpniemy się na autostradę, żeby połowę przejechać szybko. Ogólnie uważam, że autostrada to jest super sprawa, bo to takie jakby ubezpieczenie od mandatu. Gazu w zbiorniczku mieliśmy na około 200 kilometrów, czyli słabo, bo mogliśmy mieć zapas na 300 km, a kto jechał ten wie, że na autostradzie drogo. My nie jechaliśmy wcześniej, więc nie wiedzieliśmy, że jak nie ma konkurencji, to ceny nie są konkurencyjne. Gaz na autostradzie był o dobre 30% (albo i jeszcze więcej) droższy niż na statystycznej stacji.

DSCN9191 Po drodze zatankowaliśmy gazu na dodatkowe 100 kilometrów licząc, że dalej będzie taniej. Ale kiedy zajechaliśmy na Lotos pod Kutnem, to okazało się, że ów Lotos jest jakby stacją widmem i sprzedaje tylko PB95 oraz ON gdyż chyba dopiero powstawał a chciał już zarabiać. A potem długo nie było stacji. A gaz przecież cały czas się spalał. Kiedy więc zobaczyłam reklamę Shella na drodze na Warszawę, pomyślałam, że zjadę, zatankuję po cenie poza-autostradowej i wrócę. To był gwoźdź do trumny dla naszej podróży w Bieszczady. Droga „na Warszawę” nie była zwykłym zjazdem z A1, lecz skrzyżowaniem z A2. A reklamowana stacja Shella okazała się nie chcieć nam sprzedać gazu, gdyż gaz właśnie im dostarczano i miało to potrwać jeszcze godzinę. Załamka! Byliśmy niby w połowie drogi, ale musieliśmy jechać tą niechcianą A2 co najmniej do następnego zjazdu a widzieliśmy na mapie, że A2 właśnie odbija w górę. Szczęśliwie nikt nie pobierał tam opłat, a już wkrótce pobierać będą, bo widzieliśmy znaczki. I szczęśliwie kończący się gaz wciąż był w pojemniczku. 14 kilometrów za feralnym Shellem zatankowaliśmy na stacji Bliska po cenie zupełnie konkurencyjnej. Po czym spytaliśmy GPSa co robić a on nam odpowiedział.

DSCN9196Wróciliśmy na A2 i pojechaliśmy nią w kierunku A1. Wróciliśmy na A1 i jechaliśmy nią dalej na południe czy gdzie tam akurat wiodła. Pomyśleliśmy, że zamiast do Wetliny w Bieszczadach udamy się do Szczawnicy w Pieninach***, która jest 100 kilometrów bliżej i do której dłużej jedzie się autostradą a krócej innymi drogami. A jazda autostradą była korzystna gdyż Lanos pędził po niej praktycznie sam. Z trudem udawało mi się nie przekraczać 120km/h, które stanowią moją comfort velocity.

Jakimś w ogóle nieplanowanym i niechcianym cudem trafiliśmy do Sosnowca, który z pewnością nie jest na drodze autostradami z Częstochowy do Krakowa. Nie wiem, czy zmęczenie nas jakoś tłumaczy. Mąż wprawdzie był pilotem, ale nie używaliśmy GPSa, bo GPS był w tablecie, a nie mamy ładowarki samochodowej do tabletu**** a  chcieliśmy by nam wystarczyło baterii blisko celu, gdzie oznaczenia dróg nie są takie precyzyjne. Słuchałam więc drogowskazów nad drogą i byłam pierwszym oraz drugim pilotem. Mąż był pilotem na urlopie. Wszak to on pracuje na co dzień.

DSCN9235W tym Sosnowcu wydawało się (na podstawie obliczeń), że jesteśmy 40 kilometrów od Krakowa, ale byliśmy dwa razy dalej. Ponieważ myśleliśmy, że jesteśmy blisko, to spytaliśmy miłego pana na stacji czy warto pchać się na autostradę, a on powiedział, że nie i że lepiej pojechać dziewięćdziesiątką czwórką na Olkusz. Byliśmy mu bardzo wdzięczni bo był taki miły i tak dobrze nam poradził. A trumna zabijała się dalej gwoździami.

Dziewięćdziesiątka czwórka wiodła przez wsie i trzeba było uważać. W Olkuszu odpoczęliśmy, zjedliśmy kolację i kupiliśmy sobie soczki oraz wodę w Biedrze. Wtedy też, chwilę przed 20-tą rozpoczęliśmy poszukiwanie noclegu. Nocleg się znalazł i to nie losowo wybrany z googli ale jeden z wstępnie wybranych jeszcze w domu. Ruszyliśmy dalej. Mąż oglądał nawigację i zażartował, że nawigacja ostrzega przed policjantami. Nie wiedziałam, że to żart i zwolniłam naprawdę. Policjantów też po chwili minęliśmy naprawdę. Z odpowiednią prędkością.

DSCN9255Bo wiecie, policjanci mają taką właściwość, że gdy widzą Lanos przekraczający prędkość dozwoloną o 20km i audicę przekraczającą prędkość o 50km to wolą zatrzymać Lanos, którego kierowca prawdopodobnie chętniej przyjmie mandat. Boimy się policjantów.

Jechaliśmy dalej, ale dziewięćdziesiątka czwórka ciągnęła się jak krew z nosa a aż do zmierzchu bałam się policjantów. Potem, chociaż GPS chciał nas skierować inaczej, posłuchałam drogowskazów i wjechałam na jakąś obwodnicę Krakowa, na której oczywiście musiały się odbywać roboty drogowe uwieńczone korkiem. Straciliśmy cenne minuty. A potem Zakopianka, którą zwykle pokonujemy autobusem, okazała się być zbyt kręta, by pędzić. Musiałam być ostrożna. GPSowi odbiło i w ogóle nie wiedział, gdzie jest Lubień, w którym mam zakopiankę opuścić. Musiałam ufać sobie. Kolejnym pechem, który nas spotkał był samochód kempingowy, który zjechał z dwupasmówki tuż przed nami i uparcie nie przekraczał 50km/h. Jechałam za nim tylko 10 kilometrów, ale wydawało się, że jest to wieczność. Na szczęście on pojechał prosto tam, gdzie ja skręcałam.

DSCN9279Reszta trasy przebiegła spokojnie. Zamiast podręcznikowych 700 km przejechałam 791, ale się udało. Na miejscu zamiast pokoju 3-osobowego czekał na nas apartament 3-pokojowy w cenie 35 złotych od osoby, czyli bardzo tanio. I pościel jak w domu.

BCD*****

*Ostatecznie nie wyjaśniłam tutaj, skąd nas stać na podróż mimo iż ja nie zarabiam i nie oszczędzaliśmy. Niech chociaż ten element buduje napięcie.

**W kolejnym odcinku poznacie Małgosię z Mazur, która to potwierdzi.

***Nie był to full-spontan albowiem do Szczawnicy zamierzaliśmy pojechać po ślubie kuzyna.

****Tak naprawdę to możliwe, że nie działa gniazdo zapalniczki.

*****Będzie ciąg dalszy