O bycie w niebycie

DSCN0012Dzisiaj akurat jestem i jakoś się mam, ale zwykle o tej porze nie ma nawet kogo zapytać o to jak się ma, bo nie ma tu nikogo, co wcale nie znaczy, że wszyscy się pozabijali (#iniebyłojużnikogo). Wszyscy śpią w oczekiwaniu na powrót Taty-Męża. Ja śpię z zamiarem wstania i powitania go w progu, z budzikiem nastawionym i w ogóle, ale tylko raz mi się udało wstać i powitać. Zwykle mi się nie udaje. Zawiesiłam całą działalność życiową, bo i tak nie przynosiła zysków.

Jeszcze niedawno byłam bardzo zadowolona, że tak ładnie prowadzę aktywne życie polegające na pisaniu bloga i czytaniu książek, a i kuchnia nie świeci pustkami ani nie zarasta brudem. I nawet goście u nas bywają, albo my jeździmy do odległych miast z ruchomymi niespodziankami urodzinowymi (raz byliśmy). Nie wiem co i kiedy się stało, ale DSCN0015zaczęłam być stopniowo coraz bardziej zmęczona. Czasem zasypiałam gdy tylko skończyła się piosenka wstępna cowieczornej Drużyny A, czasem niby nie spałam ale nie rozumiałam co się dzieje, czasem musiałam odmówić Mężowi wspólnej rozgrywki przeciwko sobie w którąś z naszych ulubionych gier. Zdarzało się i tak, że w kinie, gdy zgasły światła, ja robiłam się senna. Ale nigdy nie zasnęłam w tym kinie, bo jak się płaci jak za zboże, to nie można. Ogólnie gdy tylko wchodziłam do ciemnego pomieszczenia, to melatonina mi wprost tryskała ze skóry, albo melamina z oczodołów, a może to z melaniny odlewały się miseczki*? A bywało, że byłam po prostu rozdrażniona i okazywałam to. Raz podczas przygotowywania kolacji odrzuciłam nóż na blat, co doprowadziło do wytłuczenia pamiątkowego talerza z Torunia (był wadliwy, kosztował 3 złote, pewnie dlatego tak łatwo się poddał), innym razem wymieszałam wszystkie karty na stole gdy Mąż przyszedł z trzema znacznikami plądrowania po mój chroniony żetonem ochrony zamek. Wiecie, tak się nie robi. Nie po to chronię żeby używał trzech znaczników, lecz po to by nie plądrował. Dla niego to tylko dwie zdobyte karty, a dla mnie zepsuta gra już od drugiej rundy.

DSCN0002Już wczoraj wieczorem wiadomo było, że coś jest na rzeczy. Bolała mnie głowa, ale pomyślałam, że to z odwodnienia albo wygłodzenia (bo większość obiadu zjadły dzieci). Ale obudziłam się z niemożebnym bólem właściwym chyba tylko kacowi (tak naprawdę nie wiem czy właśnie takim, nie miałam nigdy kaca). Dziś szczęśliwie szłam do lekarza. Za chwilę nastąpi akapit o tej wizycie u lekarza i jej przyczynach oraz skutkach, po czym wrócę do przerwanej tu narracji.

Do lekarza poszłam w zeszłym tygodniu rezygnując z całego czasu wolnego w ciągu dnia jakim jest sen Ursusa (czas wolny wieczorem przesypiam, więc go już nie ma) żeby dostać skierowanie na badania krwi- TSH i ogólne. Musiałam w tym celu pokonfabulować lekarzowi jaka to zmęczona jestem i jak się pocę z tego zmęczenia, bo lekarze słyną z niedawania [skierowań]. Owszem, jestem zmęczona i czasem się nawet spocę, ale o badanie krwi chodziło. Krew zbadałam i nie musiałabym nawet iść po wyniki, bo były w internecie, ale musiałam się stawić po receptę na eutyrox, gdyż dziś zażyłam przedostatnią dawkę z domowego magazynu. Umówiona byłam na 9:15. Weszłam o 9:12 do poczekalni i powiedziałam „dzień dobry”, ale nikt mi nie odpowiedział, co wcale nie znaczy, DSCN0173że nie było tam ludzi. Byli i wcale nie tak starzy by być głuchymi. Byli jedynie dość starzy, by zazdrościć mi mojej wciąż trwającej młodości. Moja wątroba na to zignorowane „dzień dobry” wyprodukowała dużo żółci i zaczęła ją powoli sączyć. Pani z poczekalni szła do innego lekarza, a pan został wkrótce zaproszony do gabinetu naszego lekarza rodzinnego i spędził tam bez mała 20 minut, a ja cierpiałam sobie po cichu trochę na ból głowy a trochę na głupotę własną, która nie kazała mi z domu książki wziąć. Od tak niedawna znów czytam, że nie mam jeszcze nawyku. W zasadzie chodzę z małą torebką. Kiedyś torebki były podporządkowane książkom. Nie wiem czy ów silny kacowy ból dałby poczytać, ale gdybym spróbowała, to może bym zapanowała nad żółcią. Po niedługim czasie (w ciągu tych 20 minut) przyszła do poczekalni jeszcze jedna pani i się przywitała, więc i ja się przywitałam, bo nie jestem jak inni. Owa pani poinformowała mnie, że wejdzie ze mną, bo potrzebuje tylko małe skierowanie. Nie spytała, lecz poinformowała. DSCN0079Cała moja wyimaginowana asertywność i gotowe odpowiedzi na każde bezczelne pytanie zawiodły w takiej sytuacji. Czułam tylko jak żółć rozlewa się wszędzie. Wkrótce jednak przyszła moja kolej, weszłam do gabinetu a pani, co chciała wejść ze mną, była tak zagadana z inną panią, która pracowała 3 drzwi dalej, że nie zdążyła urzeczywistnić swej groźby. Fala żółci odpłynęła, a niesłusznie. Bo oto lekarz rodzinny powiedział, że widać jakiegoś wirusa złapałam i skoro karmię, to mogę sobie co najwyżej wapno wypić, ale ona by wolała, żebym i tego nie robiła. W razie gorączki mogę doraźnie, powtarzam, doraźnie zażyć apap. Akurat gorączki to nie miałam, gdyż byłam dziś oziębła niczym królowa śniegu, a gdyby Anders Celsjusz chciał to zmierzyć, to wyszłoby mu mniej niż 35. Czyli więcej było wczoraj w słońcu niż dzisiaj pod pachą. Nie ma tu jednak jeszcze nic bulwersującego. Bulwersujące były dopiero słowa: „ale trzeciego [dziecka] to już chyba nie będzie?”. No wiecie, no. Czasem jest fajnie, a czasem ciężko. Czasem coś podobnego powie babcia i nie wiadomo czy mówi to z troski o mnie czy o dobro tej dwójki, co to już jest. Ale wiadomo, że babci chodzi przynajmniej o czyjeś dobro. A kiedy obca osoba mówi takie coś tylko dlatego, że jestem przeziębiona, to mnie trochę tego. Rzuca i trzęsie!

DSCN0195Byłam więc dziś przed południem tak nieżywa, że kiedy starszak poszedł na spacery, to ja owinięta szaliczkiem i osmarowana rozgrzewaczem oraz Ursus owinięty kocykiem udaliśmy się na wspólną kimę, która trwała blisko 3 godziny i była początkiem ratowania mojego zadka i mojej główki. Teraz oto jestem żywa i wygrzana i dam dziś radę wraz z Mężem obejrzeć cały odcinek. A jutro może rozliczę podatki. A może znów zasnę. Bo jednak wciąż jestem w niebycie.

*Ja oczywiście wiem co jest co, chciałam tu tak zgrabnie  obrazowo napisać, że robiłam się senna w zaciemnieniu.

Reklamy

Smuteczek i załamcia

DSCN0019Miało być tak, że Mąż po drodze z pracy kupi w KFC kubełek jakiegoś mięsa w promocji za 14,95. Napaliłam się bardzo. Nawet podreptałam po sos Barbaki do tego mięsa. Bo w całym kubełku byłyby dwie polędwiczki dla mnie. Potem się zasmuciłam, bo okazało się, że KFC do 23 tylko czynne i Mąż by nie zdążył*, ale potem się ucieszyłam bo wedle innych danych KFC czynne do późnej nocy. I już miałam smaczny tytuł wpisu „Bon appetit”, gdy okazało się, że promocja skończyła się w zeszły wtorek i Mąż tego mięsa do domu nie przyniesie. Taka tragedia osobistego żołądka na koniec takiego udanego dnia, który gdyby nie ta klęska, byłby przecież dniem wartym wpisu, a tak mimo udanej większości jest li i jedynie dniem wartym biadolenia.

Bardzo udany był dzień. Żadne dziecko mnie nie zdenerwowało po cichu ani głośno przez cały dzień aż do wieczora, kiedy to Ursus wysypał jedną porcję proszku do prania z szafki na podłogę, za co został nazwany urwisem i umyto mu ręce. I jeszcze ten Ursus raz zdjął czapkę z głowy i rzucił nią o ziemię z całej pety. Został za to surowo ukaranyDSCN0006 założeniem czapki i zawiązaniem jej pod brodą. Oba dziecka były dziś tak bardzo w porządku, że pozwolono im później się położyć. W Ikejce byliśmy, bo starszak powiedział, że ma ochotę. To byliśmy. Też miałam ochotę, bo obok Ikejki jest Piotr i Paweł. Koło domu też mamy Piotra i Pawła, ale nie mają w nim tego pysznego wędzonego serka, który wczoraj koło Ikejki kupiłam. Starszak bawił się w Ikejce na tym placu zabaw, który jest tylko dla dzieci i gdzie rodzice nie mają wstępu. Nieśmiało też dziś otworzyłam kartonik z Arosa (uhuhu, taki kartonik 74 litry raptem, jakieś 34 urocze pozycje wybrane z setek chcianych) , który od tygodnia oddziela strefę butów od reszty przedpokoju** i wyjęłam pierwszą z brzegu książkę, czyli DSCN0003Księgę dźwięków i obu dzieciom bardzo się podoba. A po tej Ikejce byliśmy też w Smyku, gdzie też było fajnie. Aż żałowałam, że nie mam aparatu i nie mogę sfocić jaką dobrą mamusią jestem dla tych moich dzieci, że im takie atrakcje bez okazji. W międzyczasie przewoziliśmy też moją mamę i zostawiła nam w aucie siateczkę z pieczywem. A jadąc z tą moją mamą odkryłam zupełnie nową innowacyjną metodę ominięcia korka w godzinie szczytu. I spacerek z rowerkiem też zmieściliśmy w tym dniu i to przed deszczem jeszcze. A wracając do tej siateczki z pieczywem, to na koniec dnia okazało się, że było w niej też ciasteczko orkiszowe z bezą. Nie przeszkadza mi zupełnie, że takie orkiszowe ono. Pyszne jest. To znaczy było. A tą moją mamę to powieźliśmy na odbiór osobisty książki z allegro, bo po co płacić dyszkę za przesyłkę w obrębie tego samego miasta jak ma się takie fajne auto i zna drogi niczym taksiarz przed erą gpsów? Mama oczywiście zabuliła tą dyszkę, to ja ją mam w suchym na cukierki czy inne herbatki***. I na tym odbiorze osobistym to był też plac zabaw, bardzo udany i dobrze wyposażony w zabawki, na pewno tam wrócimy poza deszczem. A jeszcze w jakimś innym międzyczasie kupiliśmy ten sos Barbaki, bo miał być potrzebny na wieczór, a tak to przyda się dopiero na grillu  w sezonie.DSCN0013

I oto nadchodzi Mąż. Z pustymi rękami idzie, a ja obiadku nie mam, bo on miał zapewnić. Brzuszki burczą i chciałyby mięska. Ale jutro to sobie upiekę ziemniaczki z czosnkiem, suszonym pomidorem i bakłażanem. I nie zazdroszczę nikomu kto jadł dzisiaj pizzę, o! Choćby i najlepszą.

*Nie ma tu żadnej przesady, Mąż wraca z pracy o 23 z hakiem po 12 godzinach pracy i 2 godzinach dojazdu. To dlatego mogę do Was wieczorami pisać, bo jako ta Penelopa czekam…

**Kawałek przedpokoju jest w kafelkach (ślicznych), a reszta w drewnie. Na kafelkach zostawiamy buty i Ursus ma zakaz tam wchodzić, ale zamiast rodzica przestrzeganie zakazu egzekwuje tarasujący przejście karton.

***Trudno powiedzieć czy w suchym, bo padało dziś. I nie całą dyszkę, bo jednak koszt paliwa ileś tam od niej odejmuje.

Zgliszcza

DSCN3345Chciałabym zrobić 5 wpisów o różnych rzeczach, ale upiekłam ziemniaczki z wędzonym serkiem i warzywami i zajęło mi to pół wieczoru i pięciu wpisów już nie zdążę, a nie potrafię się zdecydować, co jest najważniejsze i najpilniejsze, więc wybiorę to, co jest najkrótsze, bo chociaż już jedne ziemniaczki zjadłam, to one tak pachną, że muszę zjeść jeszcze i drugie.

Ponieważ statystyki mówią, że mam czytelników i to więcej niż jeszcze niedawno, wykorzystam blog by nagłośnić pewną sprawę, a przy okazji zdradzę gdzie mieszkam, to znaczy nie powiem wprost, ale jeśli ktoś wie, zna lub rozpoznaje, to będzie wiedział. Bo tego, że mamy mieszkanie w samym centrum starówki lecz zaciszne, nie ukrywałam. Ale jeszcze do dziś rana mieszkaliśmy pod lasem lub konkretniej nad lasem. DSCN3341Gdyż mieszkamy na wysokim piętrze z widokami. A las do tego wysokiego to aż nie dorastał, bo to taki młody las był i nieokiełznany. Poza tym startował z dwóch metrów poniżej ziemi. 5-metrowe drzewa wyrosły w niecałe 3 lata, bo tak bardzo chciały być pod naszymi oknami i zdążyć na naszą przyprowadzkę. Wyrosły na ruinach i dopiero 3 dni temu zaczął się zazieleniać. A dziś przestały, bo przyjechało trzech panów z piłami żółtym samochodem i wycinali drzewo za drzewem. W międzyczasie skoknęłam sobie do Ikejki po uchwyty do szuflad, bo mnie zmęczyło otwieranie jednej szuflady by otworzyć drugą by otworzyć trzecią i gdy z Ikejki wróciłam, to już było łyso. Jakie smutne! Egzaltujemy się tu i teraz!

Więc mieliśmy las w centrum miasta i on czynił naszą lokalizację ekskluzywną (zielone płuca miasta i te sprawy), ale już nie mamy. Jako częściowi stoicy potrafimy to zaakceptować, bo w końcu mieszkamy od stycznia, a sam las zazielenił się w minionym tygodniu, więc nie ma tu mowy o przywiązaniu, ale wycinka wróży, że nadchodzą gorsze dni. Ktoś wyciął las by w jego miejscu postawić domy z mieszkaniami po 12 tysięcy za metr i te domy najpierw będą się głośno i pyliście budować, a potem zasłonią widoki.

DSCN3333Przekonałam się, że pisanie o problemach na blogu bardzo często przynosi ich rozwiązanie. Nie wiem, czy dzisiejsze nagłośnienie sprawy rozwiąże jakoś problem wykarczowanego lasku, ale może chociaż sprawi, że budowla, która powstanie, wyrośnie szybko, po cichu i będzie nie wyższa niż 2 piętra żeby mi nie zasłoniła widoku. Czy wśród czytelników są architekci na usługach właściciela działki?

A jeśli chodzi o Ikejkę, to zapomniałam karty bankomatowej z kieszeni wczorajszego polarka i miałam tylko gotówkę, ale na niezbędne uchwyty mi starczyło. A jeśli chodzi o Ursusa, który mi towarzyszył, to chyba powinien przesiąść się na dorosły fotelik, bo wygina łeb w tył, żeby zobaczyć wprzód i jeszcze mi się dziecko pokrzywi. A jeśli chodzi o Ursusa domowego, to w końcu zrobił dziś to, co podobno robią wszystkie dzieci i koty, czyli wlazł do zmywarki. Dobrze, że byłam obok i… mogłam zrobić zdjęcie. I dobrze, że akurat miał w miarę niebrzydki dresik i mógł się zaprezentować w świetle w miarę korzystnym. A jeśli chodzi o starszaka, to ostatnio jakiś taki wzorowy jest. Podejrzanie.

DSCN3312

DSCN3315

DSCN3331

DSCN3351

DSCN3353

DSCN3355

Wszystko, na co patrzył Kopernik

DSCN0617Zaaplikowałam sobie paczuszkę pierników celem wprowadzenia w lepszy trans, chociaż łakomstwo moje w ogóle mnie ku piernikom dziś nie wiodło. Pierniki są toruńskie wiśniowe i kupiłam je na promocji w lokalnym sklepiku osiedlowym za 3,99 (kupiłam dużo paczuszek i odkąd mam ten zapasik, to łakomstwo jest lepiej opanowane niż jak go nie było).

Dlaczego pierniki? Uwielbiam pierniki. Osławiony piernik Lolinki służyłby mi za większość posiłków gdybym była tylko ciut mniej rozsądna (lub nie groziła mi otyłość) i gdyby tenże piernik nie miał jednej podstawowej wady- trzeba go najpierw zrobić. Ale pierwsze pierniczki zaczęły już działać, więc powiem Wam, co wydarzyło się 9 lutego tego roku o poranku oraz później.

DSCN0491Poszliśmy na Mszę, było miło i kameralnie, odprawiał ją nasz ulubiony dominikanin, który jest tym ulubionym od zawsze i który ślubu nam udzielił, więc było tak sentymentalno-magicznie jak to w kościele możliwe. Potem chyba dostałam śniadanie (takie drobiazgi jak posiłek zatarły się już w pamięci, ot wada wpisów nie o dzisiaju). I myłam włosy. Wprosiliśmy się też do naszego doktora, którego podobnie jak mechanika spotykamy w kościele i z którym już nawet i choinkę kupowaliśmy. Doktor miał nam powiedzieć jak to jest z tą wracającą płodnością i czy możemy z okazji rocznicy ślubu się dobrze bawić pozostawiając Ursusa wciąż najmłodszym potomkiem. Mogliśmy. Ale zanim ten doktor, to myłam włosy i sobie śpiewałam. Tak się składa, że zawsze gdy śpiewam, to śpiewam coś naszego ulubionego Kuby Sienkiewicza, który jest jedynym artystą, na którego koncercie byliśmy. I jakoś tak to podświadomość zachachmęciła, że śpiewałam jedną z niszowych piosenek, której słowa brzmią między innymi tak:  „stanąłem w kolejce po piernik w Toruniu, na wszystko patrzył Kopernik”. I wtedy dopadły mnie te wszystkie uczucia na raz: deja vu, orgazm, efekt motyla, pamięć genetyczna, pusty brzuszek, rozkosz, natchnienie, DSCN0345zbójcy, niewyjaśniona przeszłość, ciąża urojona, chcica, a może tylko niektóre z nich, a pewnie także inne niewymienione. Nagle poczułam, że pal licho sól na drogach, niepewną pogodę, wiele godzin za kierownicą i nieobycie ogólne, ale do Torunia na rocznicę pojedziemy, bo w Toruniu są przecież pierniki i zew natury mnie wzywa niczym Jima Carreya. I tym sposobem prosto od doktora udaliśmy się w tak zwaną długą. Bez żadnego przygotowania, jedno co, to zerknęłam do mapy, że autostrada wcale nie podjeżdża pod Toruń, a droga jest (w sensie, że dużo kosztuje ta autostrada, bo droga jako szosa też była) i że lepiej pojechać drogą czyli szosą znaną i malowniczą przez Gniew i inne takie Nowe i starsze miasta.

I tak oto jechaliśmy, a trwało to sporo, lecz byliśmy DSCN0430szczęśliwi, bo nikt nie wiedział, że jedziemy, i byliśmy jeszcze szczęśliwsi, że się zdecydowaliśmy. Jak człowiek przez kilka lat poogranicza się, to potem mała rzecz cieszy. Ursus rzecz jasna współpracował i drzemał. Coś tam przekąsił przy okazji tankowania, a tuż przed 15:00 triumfalnie wjechaliśmy do miasta i jakoś dziwnie bez żadnego problemu trafiliśmy na starówkę (bez GPSu, bo jesteśmy starej daty), a na tej starówce znaleźliśmy jedną z pożądanych ulic i zaparkowaliśmy w niej, bo i jedno miejsce się znalazło. Trudne było to parkowanie, ale przełamało lody i od tego czasu zdarza mi się parkować równolegle tyłem. Kupiliśmy godzinę parkowania, kupiliśmy dwa pierwsze pierniczki i poszliśmy do naszej mety zostawić wszystkie tobołki, a było ich mnóstwo, bo wzięliśmy między innymi:
– dwa wózki- jeden spacerowy, który Ursus preferuje i jeden z gondolą, bo gondola do spania, a podwozie do jej przewozu
-koc dla Ursusa na ziemię, bo zwykł wtedy siadać i się bawić
-dużo zabawek dla Ursusa żeby miał odmianę
-ciuszki i pieluszki
-boombox i ulubione płyty, żeby atmosfera była
-laptop i kilka filmów DVD, żeby sobie wieczorem obejrzeć
DSCN0622-grę i 7 książek, które Mąż dostawał z okazji rocznicy o różnych porach dnia (Mąż naiwnie myślał, że i grę rozkminimy na tym jednonocnym wyjeździe)
-prezenty dla mnie
oraz inne niewymienione. Oczywiście przydała się głównie zawartość pierwszych 3 myślników. Laptopa próbowaliśmy użyć, ale zabrane filmy jakoś w tym Toruniu za bardzo nie miały dźwięku, więc darowaliśmy sobie. Może pomieszczenie za wysokie?

Nasza meta była na samym rynku i miała miły widoczek oraz wymarzony w dzieciństwie szeroki parapet do spędzania czasu z książką przy widoczku. Szybko okazało się, że aby dotrzeć do celu naszej podróży (w tej roli restauracja Pizza Hut) nie musimy nigdzie jechać, bo mamy go pod nosem i o rzut kamieniem. Opłaciliśmy więc parking na ostatnie dwie tego dnia godziny i poszliśmy na wyżerkę.

DSCN0392Niewtajemniczonym powiem, że w Pizza Hucie trwał podówczas festiwal pizzy i można* zjeść ile się chce- kelner chodzi z pizzami różnych smaków i oferuje po kawałku a żarłok bierze póki mu brzuszek nie pęknie o ile smak pasuje. Taka atrakcja kosztuje 25 złotych. Jednocześnie był to poniedziałek, a w poniedziałki restauracja ma taką promocję, że za 20 złotych można kupić dużą pizzę na wynos (8 kawałków). Prosta matematyka mówi, że za jeden kawałek na promocji płacimy 2,50, zatem aby festiwal pizzy się zwrócił, należy zjeść 10 kawałków, a od 11 kawałka to już się opłaca. Oczywiście opłaca się już wcześniej, bo w końcu siedzi się w lokalu, a każdy otrzymany kawałek jest świeży i ciepły. Pizza na wynos tego nie zapewni. Jedliśmy na potęgę, Ursus miał mały kłopocik, bo zbyt jasne światło przeszkadzało mu w jedzeniu, a nawet w kiblu było jasno. Ale dał radę z kłopocikiem. Pan kelner to nawet spytał pod koniec swojej zmiany o nasze DSCN0478ulubione smaczki i zapewnił nam pizzę w ulubionych smaczkach (pół na pół). To był troszeczkę błąd, bo pod koniec jadło się już wolniej i drugi smaczek zdążył wystygnąć i jako ten zimny zapchał! Zatem z powodu dobrej woli to, co miało być tylko „pod koniec” stało się końcem. Zjedliśmy tylko ledwo co tyle, że festiwal zaczął się opłacać. Według metryk pizza-hutowych podanych w menu, była to porcja dla 12 osób. Już następnego dnia za pizzą tęskniliśmy, a powinno się zjeść tyle, by przynajmniej przez tydzień nie móc na pizzę patrzeć. Zdjęcia z lokalu mamy niezbyt udane, bo mimo że światło było dla Ursusa za jasne, to dla fotek jednak za ciemne.

Potem pospacerowaliśmy po mieście, kupiliśmy sobie miętę do popicia pizzy i jakoś kuriozalnie wcześnie poszliśmy spać. Nadmienię tylko, że całą noc niedaleko naszych okien trwały prace nad awarią kanalizacyjną. Pewnikiem urok miasta, którego nasi wrogowie zza Odry ani przyjaciele zza Buga nie zburzyli. W naszym pokoiku też nawaliła kanalizacja okołoprysznicowa, ale dopiero o poranku. A następnego dnia sobie wędrowaliśmy po okolicy, ale nie oddalaliśmy się za bardzo od auta, bo czasem co godzinę a czasem co dwie trzeba było dopłacać za parking. Tacy skąpi byliśmy, że nie DSCN0362chcieliśmy zapłacić od razu za cały dzień, bo było to o kilkadziesiąt groszy droższe. A jeszcze a nuż byśmy postanowili zmienić lokalizację i opłata by się zmarnowała! Było oczywiście uroczo. W dwóch sklepach zrobiliśmy zapas pierniczków na tydzień i na podróż do domu (te same paczuszki, które później się trafiły w sklepiku osiedlowym za 3,99, to w Toruniu u źródeł kosztowały 5,96). Kupiliśmy magnesik na lodówkę z Toruniem i moim imieniem i jakże trafnymi epitetami „czuła i troskliwa”. Poprosiliśmy laski, by strzeliły nam focię pod Kopernikiem i one to zrobiły, ale jak widać na tej foci- jesteśmy my i jest cokół z podpisem, postać DSCN0687coś ucięło. Coś tam piliśmy, coś tam jedliśmy, oglądaliśmy sztućce, bo sklepów ze sztućcami było sporo a my planowaliśmy sobie na rocznicę sprawić zestaw rodowy i ograwerować symbolem misia, ale nie znaleźliśmy idealnych póki co. Było uroczo. Tak uroczo jak to tylko nam się zdarza i tak uroczo jak tylko się da z dzieckiem atakującym nieco romantyczność, ale wciąż sympatycznym. Oczywiście nic nie zwiedzaliśmy, bo to nie nasz styl. Kiedyś pojedziemy z dziećmi świadomymi na zwiedzanie.

O 15 musieliśmy wziąć nasze 12 liter i dwa wózki w troki i wsiąść do auta, bo z ferii wracał starszak i nie chcieliśmy, by czekał. I znowu jechaliśmy i jechaliśmy nie przystając w ogóle, bo Ursus DSCN0565nie był w najlepszym ze swoich nastrojów i gdybyśmy stanęli, to by się wkurzył. Więc jechaliśmy a co 25 kilometrów miałam dostawać pół pierniczka. Zostałam jednak niecnie oszukana przez najbliższą osobę, gdyż małżonek raczył jedynie ćwierć pierniczka dawać i się w duchu naigrywać, że ja się nabieram. No, a potem wróciliśmy, zachorowaliśmy, odchorowaliśmy, wyzdrowieliśmy, wciągnął nas przygody wir i kłopoty i nie było kiedy o tym napisać. Te kłopoty to między innymi to, że autko nam pordzewiało, bo jak pochorowaliśmy, to nikt z autka soli nie zmył i ona mu się wżarła.

A potem jeszcze, już w domku, przyszło nam się zasmucić, bo okazało się, ze ulica Szeroka, której nie przeszliśmy do końca, prowadziła do Nowego Miasta i gdybyśmy nią jednak poszli, to nie nabralibyśmy przekonania, że Toruń to kiszka i że ma małą starówkę, a z takim niestety odjechaliśmy.

*czas teraźniejszy, bo festiwal, nawet jeśli się skończył, o czym nie wiem to wraca i zasady ma takie same.

 

DSCN0691

DSCN0423

DSCN0780

DSCN0738

DSCN0710

DSCN0552

DSCN0483

DSCN0417

Nas nie dogoniat

DSCN2391Wielki Piątek. Chcica na kebaba jak rzadko kiedy. Czy od Wielkiego Piątku są dyspensy dla podróżnych?

Pogoda dziś była iście angielska, albo raczej bardzo wielkanocna* albo po prostu kwiecieniowo-plecieniowa (kwietniowo-pletniowa?). Miernik wskazywał 14 stopni, słońce ozłacało drzewa, a z nieba leciał deszcz ze śniegiem.
Zawsze, gdy spotyka mnie coś z młodości, to czuję namacalnie jak mi lat ubywa. Wczoraj akurat spotkałam osobę z młodości, czyli położnego, który 9 miesięcy temu pomógł Ursusowi wyjść na świat. Ten położny teraz pobrał mi krew i ta krew okazała się być bardzo wadliwa. A ten Ursus też się dziś nie spisał bo przyczynił się bezpośrednio do opuszczenia budynku kościoła podczas nabożeństwa. Ale nie on sam tego zażądał tylko spojrzenia społeczności go zgromiły. Miał o tym być cały wpis, ale jutro Gazeta Wyborcza niejeden podobny opublikuje, to ja już napiszę o czymś innym.

DSCN2395Wracając do tej młodości, to kiedyś noce się przesypiało. Potem urodził się Ursus i noce dalej się przesypiało. A teraz się popsuł jakiś mechanizm w Ursusie i budzi się trochę. A trochę budzi się jego starszy brat. Nie widziałam, żeby ze sobą rozmawiali, ale zawsze się świetnie dogadują, który ma zbudzić danej nocy. Drugi w tym czasie śpi głęboko. Dziś padło na starszaka. O 5:50. Tydzień temu byłaby to 4:50! Czyli noc z gatunku tych kijowych. Byliśmy umówieni z mechanikiem na rano, ale nie aż tak rano. Z powodu niewyspania jednak każdy poza silnikiem miał zwolnione obroty. Więc silnik szybkimi obrotami nadrabiał opóźnienia czynnika ludzkiego i jechaliśmy raczej szybko. A mamy Wielki Piątek i ludzie migrują świątecznie, a przynajmniej robią zakupy, więc i nic dziwnego, że panowie policjanci pilnują porządku na drogach. Teraz dodajcie dwa do dwóch. Co Wam wyszło? No, ze ich spotkaliśmy. Ale po kolei.

DSCN2284primPobieżny przegląd bloga oraz zakamarków pamięci sugeruje, że tylko raz wspomniałam o tym jak przed policją uciekaliśmy. Było to tu. Z kolei tu  było o tym, że udało się spotkać policjantów i to nic nie kosztowało. Ostatnio i tu ich spotkaliśmy bezpłatnie. A tu jest o tym, jak bardzo spotkanie zabolało.

Więc przechodząc powoli do meritum- lubimy uciekać przed policją. Nigdy nie wiemy, czy by nas złapali, ale taka wiedza mogłaby słono kosztować. Zdarzyło nam się pędzić na złamanie karku do dentystki (zeszłej wiosny) i bardzo blisko celu ujrzeliśmy radiowóz. Zatrzymaliśmy się więc z miejsca przed jakąś bramą po prawej stronie i zrobiliśmy zawracanie. Uciekliśmy wtedy w las. A las nie miał końca. Był tylko las i las. Wtedy straciliśmy kilkanaście kilometrów i wizytę. Raz też było tak, że prowadziliśmy na tyle ożywioną rozmowę, że aż Mąż zapomniał przypomnieć o fotoradarze. Musiałam gwałtownie hamować i czekać aż inne auta przejadą przed zdjęciomatem. Był i taki raz, że na widok policji zatrzymaliśmy się w jakimś wjeździe, postaliśmy chwilę przy samochodzie krzątając się, po czym ruszyliśmy dalej. Jak widzicie nic spektakularnego. Zupełnie nic. Zawsze jakieś straty czasowo-kilometrowe. Aż do dziś! Dziś nastąpił przełom.

DSCN2278Pędziliśmy na to złamanie karku z górki i na pazurki, aż tu malowniczy mendowóz błyszczy z daleka we wsi Egiertowo. Mieli panowie policjanci pecha, bo my mieliśmy zlewiajkę lewoskrętkę i z niej skorzystaliśmy, a ona nas wywiodła na manowce polnej drogi, która stanowiła wyśmienity objazd. Ominęliśmy panów eleganckim i nie za dużym łukiem! Oczywiście drżały mi ręce i nogi, ale to nam zrobiło poranek.

Taki zgrabny był ten wpis, co go tu nie ma. Wyczerpałam w nim cały limit zgrabnych sformułowań. I jeszcze popadłam w konflikt z Mężem, który taki erystyczny się zrobił. Mąż chciał mnie z Ursusem wysłać do teatru żeby tam popiszczał.

A po tym, jak zrobiliśmy ten objazd polną drogą niskiej jakości, to jeszcze ominęliśmy okołoświąteczny korek w Kościerzynie, przejechaliśmy dobrowolnie koło innych panów policjantów celem zrobienia im zdjęcia na blogaska, wypakowaliśmy auteczko, zawieźliśmy je panu mechanikowi, wróciliśmy długim spacerem do domu. I od tego czasu grzejemy, trzęsiemy się z zimna. Ja miałam tez ten eksces z wyjściem i powrotem z kościoła. Mąż był w kościele bez ekscesu. A potem okazało się, że wcale nam nie cieknie ten olej, z powodu którego nie dali nam przeglądu. Przeglądu nie dali nam złośliwie. I nie wiadomo co robić. Nasz mechanik zna kogoś, kto da nam przegląd (za drugą opłatę). Ale nie będziemy frajerami. Najpierw pojedziemy tam gdzie nie dali i skłamiemy im w żywe oczy, że już naprawione i że mają dać „bo tak” jak by to 4-latek powiedział. Trzymajcie kciuki.

*Z 4 ostatnich Wielkanocy, 3 miały pogodę pseudozimową. Czwarta była rok temu i musiał się Mąż chłodzić w jeziorze.

Zwierciadło azróhct

DSCN0206W tym roku przyszło nam świętować piątą rocznicę ślubu. Pierwsze trzy spędziliśmy tak samo jak i podróż poślubną czyli… na wsi. Rok temu byliśmy w Bydgoszczy na festiwalu pizzy (a to dlatego, że dzień przed rocznicą Mąż pilnował kolokwium, a dzień po rocznicy sprawdzał je i nie mogliśmy wyjechać sobie uczciwie z noclegiem. Wówczas jednak wyjazd na wieś odbył się kiedy indziej a Bydgoszcz była niejako gratis). W tym roku dzięki zeszłorocznemu złamaniu tradycji nie byliśmy skazani na fajny, ale oklepany wyjazd na wieś i mogliśmy zrobić coś super. W dodatku na wieś wyjechał nasz starszak, na ferie, więc mieliśmy o jakieś 66% łatwiej. Niespodziankę zaplanował Mąż. A ja miałam się tylko ucieszyć  i poddać, czyli miałam trudniej, bo niespodzianek nie znoszę. I uległa też nie jestem. Nadmienię tylko, że rok temu rozważaliśmy też Olsztyn i Koszalin, bo w tych miastach znajduje się nasza ulubiona pizzeria, a one z kolei znajdują się względnie niedaleko.

No więc kiedy ten starszak wyjechał w niedzielę, to my poszliśmy sobie do kościółka z juniorem, a prosto z kościółka do restauracji, w której braliśmy wesele. Tak to Mąż wymyślił. I zarezerwował! Restauracja DSCN0217jest bardzo droga i stylowa, ocieka wielkich mistrzów sztuką i to w oryginałach! Oferują tam między innymi danie dnia z zupką i kompocikiem za 19 od łebka. Mogłam przebierać w całym menu, bo Mąż był hojny, ale ceny reszty pozycji nie umywały się do ceny  dania dnia. Zaś danie dnia okazało się PYSZNE. Gdyby nie Ursus, który trochę pomstował, trochę majtał łapami trzymany na kolanach i trochę piszczał, co w tym akurat miejscu bardzo krępowało i nie pasowało, to byłoby i-de-al-nie. Może zrobiliśmy mały błąd nie usypiając go przed wejściem do restauracji, ale on i tak by się obudził jak by poczuł mięsko nosem.
Potem wyszło na jaw, że moja mama, która miała zaopiekować Ursus abyśmy poszli sobie do kina na DWA filmy, owszem przyjedzie, ale nieprędko i sama nie wie kiedy. Było nam przykro. Tak przykro, że aż wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do centrum handlowego, bo to takie miejsce-pewniak. Już kilkaset metrów za domem zwątpiliśmy, czy na pewno pewniak, bo złapała nas policja. Za jazdę bez świateł. Zawsze palę te lampki, ale akurat wygłupiałam się ruszając z parkingu prosto w Męża*, więc nie zapaliłam i potem zapomniałam. Oczywiście zamierzałam żebrać i opowiadać panom policjantom jak to my się kochamy i że rocznica ślubu a mamusia nawaliła i że przecież ależ. Ale oni nas tylko pouczyli i ostrzegli, że przegląd zaraz się skończy a prawe światło stopu nie świeci i palcie światła, DSCN0221bo zmrok wcześnie, a z dzieckiem jeździcie. Właściwie można było wrócić do domu, zaszyć się pod kołderką i uznać, że ta przygoda już zrobiła nam rocznicę.

W centrum handlowym kupiliśmy Cytrynnie-kuchareczce dwie patelnie, jedną pokrywkę, jedną łyżkę do teflonu, jedną tarkę i jedną miseczkę do nowego gospodarstwa domowego a Mężowi 10 tanich talerzy do pracy, bo w pracy nie ma talerzy, a przecież co chwilę niesie tam jakieś wybitne ciasto i brak talerzy psuje ten efekt. I jeszcze 3 tanie foremki w kształcie choinek, bo tanie były. Do centrum handlowego przylegała cukiernia Sowa, w której nabyliśmy, jak to zwykle w cukierni Sowa robimy, 5 cienkich plasterków różnych ciast z kremem na miejscu i Mąż nas karmił sprawiedliwie, czyli ja dostawałam więcej albo lepsze a on mniej albo gorsze (czyli np. mniej słodkie warstwy). W międzyczasie moja mama dojechała i nas nie zastała, ale za to przywiozła zrazy. Pora była niestety już tak późna, że o dwóch filmach należało pomarzyć i zapomnieć. A w ogóle to kupiliśmy za 2,99 paczuszkę mleka modyfikowanego dla naszego piersiaka, który w ogóle jeszcze nie ciumkał z butelki licząc, że akurat tym razem zaciumka. Do kina poszliśmy na Teorię Wszystkiego, a po kinie udaliśmy się do kawiarni (Tekstylia), która serwuje najlepszą szarlotkę jaką znamy i w której to szarlotkę jedliśmy właśnie w wigilię mojego zamążpójścia oraz jego ożenku. Tymczasem dziecię usnęło zmarnowawszy mleko i zapłakawszy rzewnie, ale akurat było pod dobrą opieką i nie zaszkodziło mu to. DSCN0243W Tekstyliach Mąż wyznał, co zaplanował na dzień następny, a było to kluczowe, bo ja muszę mieć noc na oswojenie się. Byłam w szoczku. Coś jak facet, który dowiaduje się, że zostanie ojcem. Tylko że ja bardziej, bo ja ogólnie jestem bardziej niż facet.

Otóż Mąż wyznał, że jedziemy do Torunia, bo możemy, gdyż ma to sens, albowiem w Toruniu otworzyli Pizzę Huta. Zamówił tez nocleg z widokiem, ale nie opłacił, więc jeśli okazałabym się tchórzem, to kasa się nie zmarnuje. Mąż planował kupić bilety, ale nie zrobił tego by zostawić mi otwartą furtkę. Pociągi odjeżdżały o godzinie takiej i/a takiej (oba bardzo rano), ale nie było szans na nie zdążyć, bo przecież rano mieliśmy tą kupioną Mszę, a po niej zaraz szłam na hennę do Justyny. Poza tym okazało się, że jazda pociągiem jest ponad dwakroć droższa od jazdy auteczkiem. Bo gaz taki tani a państwowa spółka taka nierentowna. Tyle że to była akurat zima i sól na drogach i opad i ryzyko poślizgu a poza tym poza tym jednym razem gdy zrobiłam 300 kilometrów, to ja tyle nie jechałam. I jeszcze ten dzieciak mały taki. No i nasze auteczko do którego DSCN0252zaufanie mam tylko ograniczone. Odkąd je mamy, różni życzliwi ludzie grożą, że się rozkraczy i byłoby trochę kiepawo gdyby miało się rozkraczyć daleko od domu w podróży z dzieckiem w środku zimy. Oczywiste było, że jeśli jechać, to tylko autem, ale nie było oczywiste czy jechać. Właściwie speniałam od razu jak się dowiedziałam, że nie ponieśliśmy kosztów rezerwacji. Jako marną alternatywkę zaplanowałam festiwal pizzy w pobliskiej Gdyni, gdzie dojazd był tani i szybki. Widzicie tego tchórza, który za 5 lat staje przed lustrem i mówi sobie prosto w twarz, że z powodu jego tchórzostwa 5. rocznicę ślubu spędziliśmy w odległej o 21 kilometrów Gdyni?

Ciąg dalszy nastąpi. Jeden wpis byłby za długi. Umknęłoby czytelnikom, że państwo policjanci tacy mili. I że ciasta co chodzą do pracy takie wybitne. I że ciasta w Sowie kupuje się na plasterki. A szkoda byłoby, nie?

*Jak w Karmagedonie, jedynej grze, której zaznałam w moim niewinnym pozbawionym komputera dzieciństwie. Do dziś lubię wjeżdżać w pieszych jak się napatoczą. Zwłaszcza tych z lewej bo po prostu ich nie widzę i to nie moja wina.

DSCN0252