Wszędzie gdzie się da

Pamiętacie, jak zaczął się ten blog? Chyba tylko jeden Maurycy Teo, najstarszy czytelnik, może pamiętać. Otóż blog zaczął się od tego, że zachciało nam się barszczu w maju. Wzięliśmy wówczas nasze młode auto, zostawiliśmy rodzicom jedyne(!) wtenczas dziecko i ruszyliśmy w Kaszuby, a tu zonk! Bo albo lokale obsługiwały komunie, albo nie serwowały barszczu. Barszcz złowiliśmy dopiero w Kościerzynie i był to barszcz wyśmienity. Na marginesie wspomnę, że lokal, w którym wtedy zjedliśmy ten wyśmienity barszcz, innym razem pobrał od nas napiwek w wysokości 1zł wbrew naszej woli. Dzisiaj byśmy taki napiwek dali, ale wtedy nie było nas na to stać.

Od tamtego czasu co roku obchodziliśmy święto barszczu w trzecią niedzielę maja. Raz tylko, w roku 2014 obchody przeniesiono. W zeszłym roku, mimo braku podania tego faktu do publicznej wiadomości, barszcz jedliśmy i to w aż czterech miejscach. Nie inaczej było tym razem. To znaczy było zupełnie inaczej, bo nie w czterech, tylko w trzech i w dodatku każdy miał swój barszcz w każdym miejscu. To znaczy niektórzy, a nie każdy. Ale po kolei.

Tym razem już naprawdę wiedzieliśmy co i jak. Wiedzieliśmy, czego się spodziewać (komunie), wiedzieliśmy gdzie barszcz jest dobry, a gdzie zwykły. I planowaliśmy odwiedzić same nowe lokale zamiast jeść barszcze tylko tam, gdzie się da. A w dodatku dla utrudnienia tylko po jednym lokalu na miejscowość. Zaczęliśmy z grubej rury. Pojechaliśmy do Dziemian, które są kawałek drogi. Tam był pensjonat Dobry Adres. Akurat kateringowali dwie komunie, ale nie przeszkodziło im to w ugoszczeniu nas. W dodatku dzięki tym komuniom mogli podać barszcz, którego normalnie w menu nie mają. Barszcz był dobry, ale potem były lepsze. Właściwie trochę octem walił. Synowie biegali wokół słupa wraz z jednym z komunijnych gości. Panowie na parkingu mieli kłopot, bo nie mogli się dostać do ładnego czarnego BMW. My do ładnego zielonego acz starego Lanosa dostaliśmy się bez problemu.

Następnie odwiedziliśmy Lipusz. W głównej restauracji Lipusza odbywała się komunia i nie otworzyli swoich podwojów dla nas. W Borowej Ciotce pozwoliliby nam się rozsiąść na dworze mimo odbywającej się komunii, ale nie serwowali barszczu. A w takiej małej restauracyjce, w której kiedyś zjedliśmy nieudane pierogi, także mieli zamknięte z wiadomego powodu. A my te wszystkie lokale odwiedziliśmy jeżdżąc w kółko Lipusza wszędzie gdzie się da. Bo może nie wiecie jeśli nie jesteście z Kaszub, ale Lipusz ma taką budowę, że można po nim jeździć w kółko.

Żeby zaoszczędzić czas, rozpoczęliśmy telefoniczny rekonesans równolegle z osobistym. Samochód jechał naprzód a my się dowiadywaliśmy. Szał! Tą metodą dowiedzieliśmy się, że Leśny Dworek w Kornem był nieczynny z powodu komunii, a Dom Celebrytów w Łubianie nie serwował barszczu. Na podstawie nieodebranego połączenia wydedukowaliśmy, że Blue Orange, znany także jako Kaszubskie Jadło nie otworzył się jeszcze po tym, jak w 2014 poszedł na remont.

Przez Kościerzynę przejechaliśmy tak jak gdyby nie było w niej restauracji, bo w Kościerzynie to my jadamy podczas weekendu za pół ceny a nie w Święto Barszczu. Zatrzymaliśmy się w Astrze w Kłobuczynie, ale oni mieli komunie. Chyba dwie. Ominęliśmy Przystanek Łosoś w Egiertowie licząc, że zjemy barszcz w innym miejscu tej wsi. W innym miejscu tej wsi zwanym „obiady domowe” mieli, uwaga uwaga: 5 komunii. Słownie: pięć! Mąż wygooglał, że rzut beretem znajduje się Folkowy Dwór. Trzeba było tylko przeciąć drogę główną (krajową dwudziestkę) i pojechać na wprost przez skrzyżowanie. Ale to było niemożliwe! Z Kościerzyny nadciągały setki aut sznurem jak panny za mundurem. Zanim pokonaliśmy skrzyżowanie, przyszło nam przepuścić co najmniej sto aut! A Folkowy Dworek był oczywiście nieczynny. Zadzwoniliśmy do Przystanek Łososia i okazało się, że jest po co się tam cofnąć. Przystanek Łosoś zaserwował wyśmienity, choć mocno pikantny barszcz. Zapewnił naszym starszym dzieciom dobry kącik do zabaw, a naszej najmłodszej córce przewijak w łazience. Byliśmy bardzo zadowoleni, ale niestety na obsłużenie rachunku przyszło nam bardzo długo czekać mimo dwukrotnych próśb o tenże. Zatem nie zostawiliśmy napiwku. Lubię nie zostawiać napiwku.

Ruszając z Egiertowa zadzwoniliśmy do restauracji Schabowy Raz zapytać co tam u nich. Oni barszcz mieli jeszcze, więc pojechaliśmy tam co prędzej, bo gdyby przed nami zjawił się ktoś inny celebrujący to samo święto, to mogłoby się okazać, że gdy dojedziemy, barszczu nie będzie już. Na szczęście gdy dotarliśmy, wciąż był. Dzieci tym razem bawiły się na dworze podglądane przez szybkę. Wnętrze urzekające, urocze, miłe, przytulne. Barszcze wyborne, do tego Magda Gessler poleciła opiekane ziemniaki, a poza tym jeszcze podano chleb ze smalcem i Mąż objadł się.

Zdecydowaliśmy nie jechać już ani do Borcza, gdzie serwują barszcz pyszny acz drogi ani do Żukowa, gdzie jeśli byliby otwarci, także mieliby barszcz, gdyż po pierwsze się najedliśmy, po drugie córka płakała, po trzecie  chciało nam się spać oraz po czwarte padł nam tablet i nie moglibyśmy zrobić zdjęcia czwartego barszczu tabletem.

Prawdopodobnie od przyszłego roku Święto  Barszczu zostanie na stałe przeniesione. Albo na sobotę poprzedzającą albo na pierwszą niedzielę czerwca. Bo to się nie godzi żebyśmy w święto barszczu więcej czasu spędzali na poszukiwaniach niż na konsumpcji. Dzięki temu akapitowi za rok mamy zupełną swobodę z wyborem daty i nikt mi nie powie, że decyzja nieprzemyślana albo kunktatorska.

A może by tak…

DSCN0423… wrócić do pisania? Wiecie, dlaczego od miesięcy nie powstał na tym blogu żaden wpis? Otóż dlatego, że w lutym dzieci zalały różowy laptop, a tego czarnego, który dwa lata czekał na dzień gdy będę musiała go użyć, nie kocham. Używam już prawie pół roku, ale nie kocham. Różowy ze swoją wybrakowaną klawiaturą i ja kochaliśmy się przez 8 lat. Zaniepokojonych czytelników uspokoję, że dzięki mojemu sprytowi i wiedzy Męża udało nam się odzyskać wszystkie różowe dane całkowicie za darmo. To znaczy za 28,99, bo tyle kosztował specjalny kabel, ale to jak za darmo w porównaniu z tysiącami złotych za odzyskiwanie danych z uszkodzonych laptopów.1

DSCN0566Jest jak zawsze, to znaczy czekam na Męża, który jest w pracy. I nie ma jak wrócić bo zalało całą drogę do domu, a on nie ma kaloszy. Myślę sobie o makaronie z szyneczką, ale zaraz północ, a po północy już piątek i nie wolno. Dzieci chorują, ale w normie. Mniej niż zwykle, bo zarażają się tylko same, nie zarażą ich dodatkowo przedszkole. Czasem czytam książkę, wczoraj nawet kupiłam białego kruka w  księgarni stacjonarnej, bo internety już od dawna nie widziały Turkusowych szali, a jedna taka księgarnia trzymała jeden egzemplarz dla mnie, bo to dobra księgarnia.

Mąż miał niedawno urodziny. Kupiłam mu grę, której recenzję czytałam na jednym takim blogu, który lubię, ale oddałam grę, gdyż Mąż dostał jeszcze inną grę, a nie ma kiedy grać, więc lepiej nie zamrażać gotówki. Kiedyś kupimy sobie taniej. Z okazji urodzin Męża odbyło się wiele imprez, w tym jedna w naszym domu. Nasz salon pomieścił prawie 20-tu gości i pożyczyliśmy 9 krzeseł składanych od przyjaciół i znajomych. Zrobiłam tort podobny do kostki Luwr od Sowy, ale nie był tak słodki jak ten oryginalny. I w ogóle to za wysoki wyszedł. I polewy nie zdążyłam polać, bo tyle innego jedzenia trzeba było zrobić, a rączki mam tylko dwie.DSCN0221

Poza tym byliśmy ponad tydzień na Kaszubach i padało bardzo dużo. Gdy padało mniej to zbieraliśmy kurki i jagody. Jagody już w słoiczkach, a kurki pomrożone.

Nie wiem, czy ten wpis jest początkiem mojego wielkiego powrotu, czy też okrzykiem goni bloga, ale niestety nie za bardzo może być dłuższy, gdyż udajemy się na wakacje i powinnam wybrać nam cel podróży oraz pokój.

Zapomniałabym, na znak starości obcięłam włosy. Teraz mam bardzo krótkie. O, takie:

DSCN8731

Zaś Mąż, po półtora roku prowadzania się z nieważnym dowodem osobistym, dał się zaciągnąć do fotografa oraz do urzędu i już wkrótce taki nowy dowód będzie miał. Niestety fotograf nie miał dość dobrego sprzętu by zrobić zdjęcie w okularach, więc w dowodzie Mąż wyglądać będzie trochę nie jak Mąż.

DSCN8793

DSCN0161

DSCN0134

Jestę hipsterę

DSCN1122Pomyślałam sobie, że zrobię dziś moim wiernym oraz nowym czytelnikom wpis. Bo nie wiem czy uważnie śledzicie blogowego fejsa, ale naszej misiowej rodzinie przybyło ostatnio dwóch fanów. Stworzenie wpisu w styczniu jest w dobrym tonie, gdyż podobnie jak mój idol i niegdyś przewodnik w świecie blogów Maurycy Teo, chciałabym utrzymać tempo blogowania na poziomie przynajmniej jednego wpisu w miesiącu. Ostatni miesiąc był bardzo ciężki, ale nie jest to jeszcze czas by o tym pisać. Nie piszę jednak z pobudek altruistycznych. Piszę, gdyż przeczytałam już cały internet i więcej prokrastynować ciężko. Mąż prowadzi życie towarzyskie za całą naszą rodzinę i go nie ma. Gdyby był czytalibyśmy sobie Żniwa zła na głos, ale nie ma go, albowiem ogląda filmy na pokazie w dużej grupie ludzi.

Ja też niedawno byłam w dużej grupie ludzi. Dwa razy w tym tygodniu i było to wręcz podniecające i DSCN1118bardzo przypominało mi moje dawne życie. Jaka to była duża grupa ludzi? Jechałam autobusem miejskim proszę Państwa i czytałam książkę w tym autobusie. Dokąd jechałam? Raz wracałam od mechanika a raz jechałam po naszą zieloną Lanię. Naszej zielonej Lani wymieniliśmy progi, bo były zardzewiałe i mogła nam się złamać na pół, a bardzo ją lubimy i chcemy nią jeździć jeszcze całe lata.

Spytacie może dlaczego prokrastynuję? Prokrastynuję, bo nie chcę kończyć książki. Mam cudowne uczucie związane z odnalezieniem książki, która mnie satysfakcjonuje i nie chciałabym żeby było już po lekturze a ostatnie lekko zarwane noce sprawiły, że niestety koniec jest blisko.

Cóż u nas poza tym? Jeśli chodzi o dzieci to siedzimy w domu od dwóch tygodni i cieszymy się, że budzik rano nie musi dzwonić, a w perspektywie może jeszcze posiedzimy, bo czekamy na ospę. Jeśli przyjdzie ospa, to budzik nie podzwoni jeszcze długo, ale jeśli nie przyjdzie, to ucieszymy się, że nie przyszła i budzik nastawimy w ramach celebracji.

DSCN1102Niestety dzieci w domu oznaczają zwielokrotnienie zniszczeń występujących każdego dnia. Ogołacanie choinki z bombek i igieł oraz rozrzucanie igieł jest na porządku dziennym i nie robi wrażenia. Ale zrzucenie jednego laptopa i polanie herbatą drugiego w jeden dzień to już gruba przesada. Dobrze, że dzieci są tylko dwa i laptopy też dwa, to każdemu przypadł jeden. Młodszemu laptopowi, którego oprawcą było nowsze z dzieci, upadek nie zaszkodził, ale niestety 8-letni Dell z różową klapą nie poradził sobie tak dobrze.

W planach mamy odzyskanie danych z dysku w padłym laptopie, ale naprawa się nie opłaci. Mąż zarządził, że to dobry moment bym przesiadła się na ten nowszy, który od ponad roku już na mnie czeka i który to Mężowi do gier służy, a temu Mężowi mielibyśmy kupić za dwieście złotych laptop do gier. Ale wiecie co? Za dwieście złotych to można mieć taki Dell jaki miałam. O! I nie muszę się wtedy nigdzie przesiadać.

Czy nasz stary samochód, stary laptop, stary Mąż i jeżdżenie autobusami robi ze mnie hipstera? A to, że czytam papierowe książki chociaż mam tableta i mogłabym czytać e-książki? A może to, że kupiłam sobie nową Nokię z 2009?

DSCN1407

Dzień zapłaty

DSCN9530Mamusiu, jestem tu nowy i nie za bardzo wiem co jest w sklepach. Czy mogłabyś kupić coś ode mnie mojemu braciszkowi, żeby mnie polubił? Podobno nowe dzieci tak robią… Ja bym Ci później oddał pieniążki… poprosił mały Tomek. Nie ma sprawy synku. Kupimy bratu wózek, bo autka od Ciebie kupiła już prababcia. Taki duży wózek kupimy, żeby mu nogi się zmieściły gdy zaśnie, a od biedy to obaj nim pojedziecie.

Mamusiu, to naprawdę bardzo ważne. Wy tak lubicie jeździć samochodem, a ja chciałbym z Wami. Wiem, że macie jakiś fotelik, ale on podobno jest niewygodny, mały, ciasny i pionowy a ja jestem duży, pulchny i lubię leżeć. Czy nie dałoby się jakiegoś używanego skołować? Ależ oczywiście synku, dostaniesz maxi cosi z ładną tapicerką. Też lubię leżeć, więc rozumiem Cię doskonale.

DSCN0825Mamusiu, a czy mógłbym dostać jakieś małe łóżeczko albo kołyskę? Najmniejsze takie, żebym nie przeszkadzał. Bo to, które dał nam za darmo chrzestny mojego brata, jest takie duże. Zająłbym cały pokój, a nie chcę tego Wam zrobić zanim dorosnę do takiego dużego. Oczywiście synku, kupimy Ci rocker nappera, nie przejmuj się kosztami, potem go sprzedamy.

Mamusiu, a co powiesz o niani elektronicznej? Wiem, że mój brat nie używał i nie śmiem nawet prosić, ale może dzięki temu Wy mielibyście odrobinę luzu latem przed domem gdy ja już zasnę? Albo chociaż na dole gdy ja u góry będę? Tak synku, masz rację, rodzicom należy się luz.

Mamusiu, co myślisz o chuście? Jestem leciutki i można mnie nosić, nie ukrywam, że lubię być noszony, ale oczywiście znów chodzi mi o brata- jeśli mnie będziesz niosła, on będzie mógł jechać wózkiem. Znów masz rację synku, z Tobą w chuście to i zupę ugotuję, i na spacer łatwiej pójdziemy.

DSCN1534Mamusiu, głupio mi, tyle próśb już miałem, ale czy jakiś własny kocyk by się dało? Tak żebym miał coś swojego i żeby brat nie pomyślał, że mu zabieram? Oczywiście synku, uszyję Wam obu kocyki, wtedy brat nie pomyśli, że mu zabierasz.

Mamusiu, to już naprawdę ostatnia rzecz, przynajmniej na jakiś czas. Bo mamusiu, ten mój maxi cosi… Gdyby go tak wpinać na stelaż od wózka? Czy to nie byłoby wygodne? Słyszałem o adapterze czy czymś takim. Myślisz, że drogie to? Byłoby wygodne synku, a później oczywiście sprzedamy.

Mamusiu? Ty się tak zgodziłaś na te wszystkie moje prośby, a ja wiem, że nie jesteśmy bogaci. Jak zarobię to oddam Ci za wszystko! Nie trzeba synku, państwo da ci pieniążki, wystarczy, że pójdziesz do urzędu.

DSCN9944Mamusiu? Ale ja nie umiem mówić, nie pójdę przecież. Nie szkodzi synku, mamy rok, nie musimy się spieszyć.

Mamusiu, mam już prawie rok i dalej nie umiem mówić. Pomogłabyś mi z tym urzędem?

I pomogłam, bo jak tu odmówić dziecku? Najpierw (wczoraj) pojechaliśmy do skarbówki po zaświadczenie o dochodach. W skarbówce chcieli żeby zapłacić za takie zaświadczenie (17 złotych czyli majątek). Zadzwoniliśmy więc do mopsu spytać za który dokładnie rok ma to zaświadczenie być żeby nie zabulić na marne, a w mopsie rzekli, że nie potrzebują zaświadczenia, wystarczy im słowo honoru a w ogóle to takie zaświadczenie nigdy nie kosztowało i skarbówka próbuje mnie oszwabić. Wypięliśmy się więc na skarbówkę i wróciliśmy do domu kompletować dokumentację. Ursus bardzo się denerwował. Nie ma jeszcze doświadczenia z urzędami i na myśl o wizycie w mopsie tak się zestresował, że źle dzisiaj spał. Ale zupełnie niesłusznie, bo w mopsie nie było źle, pani była miła i gdy zapomnieliśmy czapeczki, nawet do nas zadzwoniła w tej sprawie. Tylko dokumentacji było mnóstwo, ledwo dałam radę. Ursus raczej by sobie beze mnie nie poradził. Teraz czekamy na pieniążki. Wszak kredycik, którego udzieliliśmy dziecku, trzeba spłacić.

DSCN8813
A jeśli chodzi o dzień zapłaty, to ja mam taki jutro. Dzisiaj musimy jeszcze upiec torcik dla szefa na urodziny, żeby nas szef dalej lubił. A jutro jedziemy do dentysty z małymi ząbkami, potem wybierzemy się może na jakiś koncercik jakiegoś byłego kandydata na prezydenta, albo inny koncercik, bo skoro postawili tą scenkę tak blisko naszego domu, to głupio tak nie pójść, ale wieczór bezapelacyjnie spędzę z Marcinem Wolskim i przy kawie, bo jednak sam Marcin Wolski by mnie nie powstrzymał od spania.

DSCN0122

DSCN8757

Bonusowo dorzucam Wam  fotkę tęczy nad Motławą i fotkę nowego zabytku na szlaku turystycznym po Gdańsku, czyli tych słynnych schodów, po których przejechała policyjna suka. Indżoj!

DSCN8797

DSCN8784

Być jak Remus

DSCN0340Słyszeliście o Remusie? Nie, nie tym od Romulusa. O Remusie z Kościerzyny. Ja nie słyszałam*. Ale wiele rzeczy się tu tak nazywa. Mamy kino Remus, dom handlowy i drużynę koszykową o takiej nazwie. A na Rynku siedzi Remus. Siedzi na swoim wózku, na którym jest wszystko, co posiada i odpoczywa. Odpoczywa z książką/rękopisem w ręku. Na wózku leży jeszcze stosik ksiąg. I ptaszki siedzą, bo Remus tak współgra z naturą, że podlatują do niego. I kawałek sznurka ma jeszcze, i różaniec i  nożyk  kozik. A buty swe znoszone zdjął co by nogi wypoczęły.

Dzisiaj Remus siedzi i odpoczywa, ale na co dzień wędruje popychając ten wózek-taczkę „z gospodarstwem swoim całym”. DSCN0432Ilu z Was zmieściłoby swój majątek na wózku? A w TIRze? Mogę spojrzeć na Was z góry, bo niedawno wnosiłam cały swój majątek na trzecie piętro. A Wy na którym mieszkacie? No nie, jednak na wsi mamy drugi równie duży majątek i trzymamy go na pierwszym.

No ale mu tu nie o Remusie i majątkach ani nawet o piętrach, lecz o okazjach. Okazja trafiła się taka, że Kościerzyna za pół ceny, czyli można zjeść w restauracji a zapłacić jak w barze, o! Dzieci obudziły już o siódmej, lecz pakowanie rowerków, wózeczków, prowiantów, śniadanka i bajeczki zajęły razem czas do prawie 11. Szczęśliwie wszystko się upchnęło w aucie. Przypominam, że był to ekwipunek na jeden zaledwie dzień. Skontrastujcie to z tymi, którzy idą na K2 (nie będziemy mieli tej gry, bo Męża tematyka nie pociąga, on woli iść w las) i z samym Remusem. I z minimalistami też skontrastujcie.

DSCN0353W mieście zrobiliśmy małe sympatyczne zakupy, wśród których znalazł się abażur do lampy z Tomkiem i przyjaciółmi, bo starszak lubi a my lubimy jego na tyle, że przymykamy oko na to, że to takie no nie za ładne. Starszak popylał na rowerku, ale stawał i czekał na nas zawsze przed ulicami i często gdy stwierdził, że wypada. Nie mogliśmy się go nachwalić. Kupił też sobie sam za nasze pieniądze grę, którą zna i ma, ale chciał, to niech ma. Gdy zanieśliśmy zakupy do auteczka, starszakowi przypomniało się, że kończą mu się siły i ochoczo zamienił rowerek na wózek (po to były dwa, bo dzieciom siły się zawsze prędzej czy później kończą). Celem rozłożenia wózka powierzono starszakowi aparat na chwilę. Kilka minut później i wiele metrów nad poziom morza niżej, gdy trafiło się ujęcie na zdjęcie, okazało się, że aparatu nie ma. Aparat jest bardzo cenny z wielu powodów, do których należy znajdująca się wewnątrz karta pamięci i jedyne kopie tego, co przeżyliśmy od 1. lutego. Są tez powody sentymentalne i użyteczne i właśnie je opisałam**.DSCN0370

Syn, pytany, co zrobił z aparatem, twierdził, że nie wie, że zostawił w jakimś sklepie, że nie wie, że nie on, że powie wieczorem i że nie wie. Trochę później, już przy samochodzie, stwierdził, że chyba w bagażniku (nie było go tam). Gdyby nie panika i adrenalina, ręce by opadły. Nawet Ursus opuścił swój pojazd i usiadł na chodniku, bo trwały przeszukania wózków. Aparat w końcu się odnalazł i był w samochodzie, lecz przykryty. Podejrzany jest jeden, ale winy mu nie udowodniono. Zresztą sam później, gdy zapomniał, że zostawił rowerek w bagażniku, wpadł w panikę na punkcie rowerka i zrozumiał co znaczy martwić się.

DSCN0375Mąż swój atak paniki przypłacił bólem gardła, na który pomogła mu gorąca zupa pomidorowa w restauracji nr 1. Po zupce każdy dostał drugie danie złożone z dewolaja (5,95), doskonale pachnącej modrej kapusty (2,5) i kartofelków (2,5) A więc poza pół-ceną drugie danko na łebka kosztowałoby 22 złote, czyli drogo. W restauracji znajdowały się 2 Antilopki z Ikei, o których niedawno czytałam na jednym takim fajnym blogu. Taca naszego krzesełka do karmienia jakoś nie bardzo Ursusa absorbuje, więc skorzystaliśmy z okazji by przeprowadzić test Antilopka i pod kątem absorbowania dziecka przez tacę wypadł lepiej. Pod innymi kątami też. Tego dnia spotkaliśmy także Antilopki w dwóch innych miejscach, więc pod kątem popularności nie ma sobie równych, zwłaszcza, że nie spotkaliśmy innych krzesełek. Gdy skończyliśmy z restauracją nr 1 i posprzątaliśmy po sobie (tak trzeba, jutro tam wracamy), była już 13:30 a ja bardzo chciałam zdążyć do pobliskiej Lubiany po talerzyki (czynne do 14), gdyż miałam chcicę na nowe talerzyki. Nie była to chcica bezpodstawna, gdyż talerzyki, które mamy w domu i których codziennie używamy, są zbyt ekskluzywne, a dzieci zbyt nieostrożne, by dalej używać. Talerzyków zwykłych zakupiono 4 i wtedy spadły pierwsze krople ciepłego wiosennego deszczu.DSCN0398

Mąż, który myśli o wszystkim, wziął  starszaka do sklepu i pozwolił mu wybrać cokolwiek zechce, żeby się temu starszakowi zapach wiosennego deszczu dobrze skojarzył. Starszak wybrał M&Msy za 3,90 (drogo, ale nie mrugnęliśmy okiem nawet). Duża część paczuszki rozsypała się przed sklepem podczas otwierania, ale resztę przesypaliśmy do woreczka i dzieciak miał radochę do końca dnia i jeszcze mu zostało. Chodził z tym woreczkiem, opowiadał o kolorach, które akurat jadł i się cieszył, oj jak cieszył. W ogóle u dzieciaka, który ze słodyczami obcuje raczej mało, to niesamowite wyczucie, że tak po opakowaniu spośród wszystkiego w sklepie, sam wybrał coś, co mu na tak długo starczyło***.

Wróciliśmy do miasta. Mąż chciał pizzę, ja chciałam kostkę Luwr w Sowie, gdyż uwielbiam, a też była za pół ceny. Gdyby mnie sfutrował najpierw pizzą, to bym sobie za dużo tego Luwru nie pojadła. Zgłosiłam zażalenie w tej sprawie i zdecydowano, że Luwr będzie najpierw. Po Luwrze weszliśmy do Carrefoura, gdzie syn lubi wózki sklepowe poprzymierzać – jest ich 5DSCN0405 i przymierza wszystkie. Nie wspomniałam o tym jeszcze, ale po mieście kręciło się dużo miłych i młodych ludzi z ulotkami reklamującymi otwarcie nowej księgarni, której jeszcze nie było w żadnym z naszych miast (w Gdańsku mamy Empik i Muzę a w Kościerzynie była księgarnia na Rynku). Podczas przymierzania wózków ci mili i młodzi ludzie wręczyli po balonie każdemu z naszych dzieci. Do nowej księgarni i tak właśnie szliśmy, więc… poszliśmy. O owej księgarni też niedawno czytałam na tym samym blogu co o Antiplopkach. W Matrasie, bo o nim mowa, byłam raz w Gdyni przypadkiem i w pośpiechu i możliwe że też raz i w pośpiechu i dawno temu w Warszawie, gdy mi Mąż kupował jakiś prequel albo sequel Ani z Zielonego Wzgórza, który zobaczyłam u Lolinki i zapożądałam. Tak sobie rozmyślałam czy księgarnia się tu utrzyma, bo jednak Kościerzyna małym jest miastem, ale ona jest super (właściwie i księgarnia i Kościerzyna) i pasują do siebie. Wiecie, nasz empik jest przy dworcu i w czasach gdy i ja w nim bywałam, to wszelkie siedziska były pozajmowane i tego klimatu to nie poczerpałam. DSCN0453A nasze Muzy to nie mają siedzisk i w ogóle takie bardzo kameralne i nie bójmy się tego rzec, nie za sympatyczne. A tutaj, ojejku jejku. Pełno personelu a jednocześnie zero skrępowania. Ciasto na każdym kroku, te książki tak wszędzie i tak tematycznie. Nasz starszak poszedł do pań i brylował tam w towarzystwie, ale nie mogę pokazać, bo na zdjęciu jest też inne dziecko. I fotel taki wygodny i taki fajowy. I stołeczków pod dostatkiem. I historia taka obfita, a ja ostatnio historię lubię. O Żołnierzach Wyklętych pełno książek, a te lubię najbardziej. I mieli dzisiaj z okazji tego otwarcia 25% zniżki na książki i wszystko się takie tanie wydawało. Wyszłabym stamtądDSCN0461 z pełnym plecaczkiem, ale niedawno na pewnym fajnym blogu (tak, tym samym) przeczytałam o Arosie, który na wszystko ma teraz 35% zniżki****, więc trzeba było powstrzymać popęd książkowy. Innym powodem niezrobienia zakupów jest to, że jakikolwiek zakup mógłby zaszkodzić czytanej właśnie książce, a do tego nie można dopuścić, bo owa książka to mój wielki powrót z intelektualnego niebytu. W kąciku z literaturą dziecięcą Ursus zjadł podwieczorek oraz przeczytaliśmy sobie co tam auta mówią.  Jutro tam oczywiście wracamy. Dziewczyny robią makijaż dzieciom na buziach. Nasz starszak nie chce, ale Mąż też jak dziecko, tylko ogolić się musi. I ta atmosfera. Moje odintelektualizowane ciało chłonie każdą sylabę z książek. Ja tak lubię księgarnie!

A potem deszcz połączył się ze śniegiem i zacinał tak, że starsi chłopcy w tym Matrasie zostali a ja i Ursus poszliśmy po samochód, bo jesteśmy w rodzinie najdzielniejsi. Odebraliśmy leserów, zjedliśmy wszyscy wraz pizzę, zrobiliśmy urocze zakupy w Tesco (o ile zakupy w Tesco mogą być urocze) i wróciliśmy do domu. Obejrzeliśmy jeden odcinek Kaczych Opowieści i dzieci udały się na nocny wypoczynek a mu tu siedzimy i trzęsiemy się z zimna*****. Mąż czyta sobie o labiryntach i pulpitach a ja piszę, ale właśnie w pośpiechu i panice kończę, bo już namDSCN0485raz prąd wyłączyli i to na ponad pięć minut, wichura dmie w okna i pewno zaraz znowu wyłączą i pewno już nie przywrócą. Pewnikiem i tak dziś nic nie opublikuję, bo jak wiatr wieje, to internetu nie ma, takie prawo dżungli lasu kaszubskiego. A najgorsze, że jak zabiorą prąd, to nie będzie Drużyny A. I nawet nie ma rodziców, żeby z dziećmi zostali i żebyśmy poszli do sąsiadów, którzy mają agregat. Człowiek w nocy bez prądu to taki bezradny. Niby nie potrzebuje, ale chętnie by pomiał.

*i nie sprawdzę, bo internet mam tak słaby, że nie wiem jak zaplołduję zdjęcia do tego wpisu.

**niewiele więcej miejsca zajęłoby mi napisanie, że kupiłam aparat za swoje samodzielnie zarobione pieniądze w 2008, że aby zaoszczędzić 1,4zł szłam do sklepu pieszo, a potem mi powiedzieli, że jak zapłacę kartą, to doliczą 3% do ceny i biegłam daleko do bankomatu, a potem musiałam skasować ten bilet za 1,4zł żeby wrócić po aparat przed zamknięciem sklepu. Oni dali byli możliwość zrobienia przelewu, ale to był czas, że kod potwierdzający przelew nie przychodził smsem, lecz lista haseł leżała w domu. Wyntydż, no nie? Mąż do dziś tak ma na jednym z kont. Jak niektórzy mogą pamiętać, mamy też drugi aparat, nowszy i lepszy, ale Mąż go raz upuścił na dół w Barcelonie. To, ze w Barcelonie, to wcale nie lepiej niż w Polsce. W Polsce spadłby na miękki grunt leśny, a w Barcelonie spadł na twarde i działa gorzej. Dlatego aparat, którego używamy jest taki cenny.

***Jedliście M&Msy w dzieciństwie? Jaką metodą? Ja na ogól eliminowałam najbrzydszy kolor najpierw (brązowy oczywiście), a potem po kolei resztę. Chociaż zdarzało mi się też jeść losowo dbając o to, by na koniec została reprezentacja każdego koloru. W przypadku Skittlesów najpierw zjadałam fioletowe jako najmniej smaczne, zaś czerwone, które były pyszne, zostawiałam na koniec.

****Znam Arosa z allegro i często ma najatrakcyjniejszą cenę, ale ma tak bogaty asortyment, że nie przyszło mi do głowy przeglądać przedmiotów, a jednak na stronie to i lepsze wyszukiwanie i w ogóle bardziej się chce i już mam tam zaplanowany koszyczek.

*****Kominek bucha, ale od okna bucha jeszcze bardziej. Raz nawet wiatr zapierdział przez szparę w oknie.

Wpis dla Gajka z Misiego Domku

DSCN0386Tytuł wpisu udał się niejednoznaczny jak rzadko. Gajek nie jest z Misiego Domku a tytuł sugeruje jakoby był i to takie zabawne… My jesteśmy z Misiego Domku i nadajemy tu oto przez modem, który doładowujemy 50 złotymi co 3 miesiące. 3 noce żeśmy już przespali w nowym Misim Domku. Nie mamy jeszcze kuchni, bo tak długo się zastanawialiśmy nad sprzętami AGD, że wszystkie terminy naszego pana eksperta na montaż minęły i na kolejny czekamy do soboty. Ale sprzęty już mamy. Gdybyśmy zamieszkali od razu w domku z gotową kuchnią, to od nadmiaru szczęścia szłoby OCIPIEĆ. A tak idzie wytrzymać. Nie mamy też stołu i tak oto ja tu siedzę zgarbiona nad piekarnikiem i nadaję na styropianie niczym pokolenie naszych rodziców gdy walczyło o tę wolność, z której teraz korzystamy. Mamy blaszany okrągły stoliczek, na którym przyjmowaliśmy dziś dominikańską (o tak!) kolędę. Była to nasza druga kolęda w tym roku. Gdybyśmy jutro pojechali na wieś, to zaliczylibyśmy trzecią, ale koszta jazdy to jedno, a praca to drugie. No i kolęda też nie jest za darmo.* Po kolędzie Mąż poszedł z powrotem do pracy bo roboty ma huk (jak Maniek z bratem z bajki). Ale po chwili wrócił, bo tęsknił za nami i spędzaliśmy rodzinny wieczór w salonie-bibliotece. W bibliotece są wszystkie nasze książki i panuje tam atmosfera dobra. Stoi tam tez choinka, którą wywrócił dziś Ursus. No i tak układaliśmy książki z dziećmi, a potem dzieci poszły spać i poszliśmy na randkę**, a potem wróciliśmy i znów układaliśmy książki żeby były choć odrobinę tematycznie. I już są. Tylko tak naprawdę to nie wszystkie nasze książki a część tylko, bo na wsi jeszcze mamy. I gdy książki ze wsi przybędą, to trzeba będzie znowu reorganizować i nie wiadomo czy wszystko się pomieści (na pewno się nie pomieści).

I tu zaczyna się wpis właściwy, który będzie króciutki, bo czeka na nas kolejny odcinek Drużyny A, który to serial oglądamy teraz codziennie w naszym prowizorycznym kinie domowym złożonym z laptopa umieszczonego na podwyższeniu. No więc na koniec reorganizacji odkryliśmy, że nasza biblioteczka ma na stanie utwór Terlikowskiego Tomasza o tytule „summa przeciw lewakom”, który autor był uprzejmy napisać gdy miał jeszcze zaledwie troje dzieci (tak głosi info na okładce). Męża tak bardzo ucieszyło, że ma tego Terlikowskiego, że postanowił się tym z Gajkiem podzielić. I oto jest. Zarówno oto wpis jest jak i dowód na Terlikowskiego jest. Terlikowski siedzi w dobrym towarzystwie. To pisałam ja- Misia z Misiego Domku.

*Tydzień temu zaliczyliśmy kolędę w naszym dotychczasowym miejscu zamieszkania. I nic straconego, bo w naszym miejscu zameldowania możemy przyjąć w sobotę czwartą i to za darmo, bo kto inny będzie gospodarzem głównym!

**Dzięki dobroci naszych Dobroczyńców i współpracy naszego Potomstwa chodzimy teraz na randki co środę.

Człowiek z tytanu

DSCN4618Czuję się jak prawdziwy tytan, chociaż nie jestem z tytanu ino z ciałka. I nawet obrączkę mam nie z tytanu, lecz ze złota, chociaż za czasów, gdy obrączka wybieraną była, na tytan panowała moda. Jako ten tytan dźwigam na sobie cały atlas, albo Atlas. Dźwigam w każdym razie.

Byłam niedawno u innego doktora za państwowe pieniądze i inny doktor był innej płci niż nasz doktor i inny doktor rzekł mi, że dźwigam już 1,5 kilograma dziecka. Dziecko nosi robocze imię Ursus, ale nie jest to imię, z którym zostanie. Po prostu takie ma imię, żeby mieć imię a nie być ‚Nowym’. Dźwigam też nasze duże dziecko, bo jest takie tulaśne i ostatnio polubiło tulenie się. Mam nadzieję, że polubiło trwale a nie tylko w związku z chorobą, którą przechodzi.

Dźwigam także obowiązki i przyjemności. Obowiązkiem jest na przykład odetkanie umywalki w łazience. Ciążył tenże na mnie od wielu tygodni, a sytuacja dojrzewała. Butelka od kreta nie dawała się odkręcić, ale w końcu zabrałam się za to fachowo i samodzielnie, jak to kobieta w ciąży na ogół robi, odkręciłam kolanko pod umywalką. Miewam też przyjemności w życiu. Jedną z przyjemności jest pusty zlew. Nie znoszę zlewu pełnego, ale pusty to rzadkość, a ostatnio miewam pusty. Miałam też w tym tygodniu „Wiatr” Marcina Ciszewskiego. Jak powszechnie wiadomo, Marcin Ciszewski to jeden z dwóch ulubionych pisarzy. Akurat dziecko miało gorączki i spało w kratkę, więc ja wykorzystałam noce w kratkę i przeczytałam. Odbiło mi się to nieco na wyspaniu, ale i bez książki bym nasłuchiwała, a tak to piekłam dwie pieczenie.

DSCN4600Ponadto zostałam doceniona po latach trudów wkładanych w małżeństwo. Mąż poszedł do kolegów i okazało się, że z całym dla nich szacunkiem, to ja jestem jego najlepszym kolegą. Tyle razy obrywałam od Męża i od życia, że jestem powolna, mało robotna, że długo się pakuję, że najchętniej bym siedziała, że lubię spijać herbatkę, ale gdy przychodzi do kolegów, wychodzi na jaw, że moja powolność i domniemany brak organizacji to tak naprawdę tryb turbo w porównaniu. Ja w ciąży mam lepsze turbo niż przeciętny kawaler po 20-tce. E, no przed 30-tką, nie oszukujmy się. Do 20-tu to nawet mojego wieku się już nijak nie zaokrągli. Inna sprawa, że to dzięki ciąży mam takie turbo. Nie muszę uprawiać sloł liwingu aby ustrzec się przed migreną i mogę iść choćby na czczo  gdziekolwiek, a zwłaszcza do lasu, bo jedyne czego naprawdę potrzebuję, to węzeł sanitarny do częstego siusiania. Wszak mam 2 pęcherze i 4 nerki i wszystkie pracują na potęgę. Mogę opróżnić pełny pęcherz i po chwili znów mam pełny nawet bez picia. A najlepszym węzłem sanitarnym jest las właśnie, bo w lesie nie trzeba się bać choroby wenerycznej i w ogóle panuje wolność i swoboda a ustronnym jest każde miejsce.