Życie w rodzinie wielodzietnej

Zapewne każdy rodzic wie, jak ciężko jest wybrać się z niemowlakiem na dwór zimą, gdy trzeba szczelnie ubrać niemowlaka, a potem szybciutko siebie, albo lepiej- żeby niemowlak się nie przegrzał, należy ubrać się szczelnie, a potem pocąc się obficie, owinąć niemowlaka szybciutko. Wówczas to niemowlak złośliwie zrobi kupkę i cała procedura reset. Rodzice trojaczków znają tą procedurę w wersji hardkor, a rodzice dzieci w wieku zróżnicowanym mogą się co najwyżej powymądrzać, bo dzieci w wieku zróżnicowanym takie chaotyczne już nie są. Ale z kolei zachodzi zapomnienie o szaliczku, zapomnienie o piciu, zapomnienie o siusiu. Zawsze jest o czym zapomnieć. Chcąc się gdzieś wybrać z dziećmi, których jest sporo, należy przyuczyć te dzieci do ogarniania własnej kurteczki lub uzbroić się w cierpliwość i nauczyć na pamięć przysłowia „kto nie ma w głowie, ten ma w nogach”. Wówczas to na każde niespodziewane wydarzenie można reagować spod ochronnej warstwy chilloutu.

Jak to wyglądało w naszym przypadku? Po narodzinach Małgorzaty, gdyż takie imię nosi dziewczynka, zamieniłam torebkę na różowy plecak. W różowym plecaku mam zawsze pieluszkę, mokradełko, ubranko na zmianę i kawałek tetry do wytarcia pyska. Mam tez portfelik, a czasem zamiast portfelika mam dokumenty auteczkowe i kartę płatniczą. Od niedawna także kartę dużej rodziny. Karta dużej rodziny to fajna sprawa, gdyż daje 5 groszy zniżki na litrze paliwa. Warto też mieć lokalną kartę dużej rodziny, gdyż ona pozwala za darmo wsiadać do tramwaju po to by podjechać jeden przystanek. Z kolei brzuch ciążowy zamieniłam na zieloną chustę podarowaną nam przez inną Małgorzatę urodzoną tego samego dnia co nasza Małgorzata. Do innych zmian w sumie nie doszło. Jeszcze Męża zamieniłam na fotelik maxi cosi na przednim siedzeniu. Ta zmiana jest chyba najdotkliwsza i najryzykowniejsza, gdyż w razie wypadku Mąż siedzący z tyłu skręci kark, po czym wyleci przez przednią szybę. Żywiciel rodziny nie powinien siedzieć w takim miejscu. W ogóle jeśli rodzina ma jednego żywiciela, to powinna go trzymać w bezpiecznej komnacie na miękkim łóżeczku i dbać o niego jak może. Chciałabym być takim żywicielem rodziny, zadbanym i na miękkim łóżeczku w komnatce. Na co dzień jednak jestem takim żywicielem, który gotuje obiadki i je podaje. Czy to oznacza, że nasza rodzina ma dwóch żywicieli i nie musi o żadnego z nich szczególnie dbać?

Wracając jednak do życia, to do życia wróciliśmy z pompą już 6 dni po porodzie. Wówczas to odbywała się doroczna parada z okazji święta Żołnierzy Wyklętych. Od trzech lat braliśmy w niej udział, więc i tym razem nie przeszkodził nam noworodek. Poszliśmy, zobaczyliśmy i zawiedliśmy się, bo muzeum, które co roku dawało na paradę czołg, tym razem dało pierdzący transporter i jeszcze jedno auto. Kibice nie poszli krzycząc uroczyście, że na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści i w ogóle było jakoś tak mniej niż zawsze. Pewno to dlatego, że opozycja sprzed dwóch lat jest teraz u władzy i taki marsz nie ma przeciwko czemu protestować. Zamiast tego poszliśmy do maczka. Maczkiem rozpoczęliśmy poród tydzień wcześniej, więc maczek był dobry na powitanie nowego małgorzaciego życia.

Pierwsze wyjście okazało się przegięte i zaowocowało tygodniową maligną, nawracającymi gorączkami i ogólnym osłabieniem. Innymi słowy, z osoby zdrowej jak koń, nagle stałam się słabeuszem. Kolejne wyjście z domu odbyło się dopiero 5 marca i wtedy na dobre wróciłam do życia. Owej niedzieli świętowaliśmy przeniesione święto prymulki i klasycznie, tradycyjnie, jak zawsze, jak co roku pojechaliśmy do Leklerka, gdzie kupiliśmy prymulki oraz, co jest nowością wprowadzoną dopiero w zeszłym roku, także sękacz. Natomiast 6 marca nadaliśmy Małgorzacie ostatecznie imię jakie nosi w obecnym kształcie i poszliśmy powiedzieć o tym włodarzom miasta. Tym razem w nagrodę za ładne imię nie dostaliśmy ręcznika z logo miasta, lecz książeczkę do czytania dzieciom, co w sumie jest lepsze, bo ręczników mamy dość, a książek wprawdzie sporo, lecz nigdy wystarczająco. Mimo siąpiącego deszczu prosto z urzędu, z jeszcze ciepłym peselkiem pobieżyliśmy (na piechotkę, bo w urzędach najtrudniejszy jest dojazd) do zakładu komunikacji miejskiej, który to zakład zajmuje się kartami dużej rodziny, czyli czymś bardzo ważnym dla nas.

W kolejnym tygodniu było lajtowo, wróciłam do skręcania mebli, stopniowo powstawała meblościanka z białych regałów na książki. Tydzień później w ikejce kupiliśmy nadstawki tak żeby każdy regał miał swoją własną nadstawkę. 17 marca zjedliśmy nasze najgorsze sushi, ale już następnego dnia po raz pierwszy poszliśmy z Małgorzatą między ludzi celem uczestniczenia w warsztacie sushi zorganizowanym przez uznany autorytet kulinarny i filmoznawczy, czyli Roberta. Robert jest drugą po Marcinie, osobą, która wystąpiła na blogu imiennie. Wydarzenie to (warsztat oczywiście, nie wystąpienie Roberta na blogu)  jest bardzo ważne i przełomowe, gdyż nigdy przedtem nie tknęłam surowej ryby, a u Roberta zjadłam surowego tuńczyka i surowego łososia oraz dotykałam surowego sandacza* gdy go wkładałam wraz z tempurą do frytkownicy. Dzień po sushi u Roberta gościliśmy gościa u siebie na sushi korzystając z metod i warzyw, które poznaliśmy dzień wcześniej. Kolejnego dnia zjadłam sałatkę z pieczonych warzyw z rukolą i sezamem i postanowiłam, że będę się zdrowo odżywiała. To w marcu odkryłam także, iż koktajl bananowy z cukrem i bez jest równie dobry, więc można pić koktajl bez cukru, a za to obficiej słodzić herbatę. Pijam więc koktajl bananowy z ziarenkami chia, a poza tym więcej słodkich herbat i póki co nie czuję się zbyt zdrowo ani tym bardziej lekko.

Przełomowym dniem w życiu naszej dużej rodziny był 21 marca. Wtedy to, po przemieszczeniu książek w biblioteczce aby stały tematycznie, tuż po południu wyruszyliśmy na wycieczkę z okazji pierwszego dnia wiosny. Wówczas to pokonaliśmy nasze własne granice i wyjechaliśmy z Trójmiasta na północ, co się do tej pory nie zdarzyło nawet gdy byliśmy jeszcze rodziną małą oraz średnią. Chcieliśmy pojechać do Rumii, ale wylądowaliśmy aż w Wejherowie, czyli jednej ze stolic Kaszub**. W międzyczasie karmiliśmy w lesie oraz mieliśmy popas w maczku. W Wejherowie weszliśmy do sklepu papierniczego, który pachniał sklepem papierniczym z lat 90-tych. Tam dzieci postanowiły że chcą mieć „glutkowe piłki” i dostały je. Miasto jest jednym z tych miast, które przepięknie wyglądają w słońcu. Naszą rodzinną tradycją jest też, że w pierwszy dzień wiosny dziecko wchodzi do sklepu i może wybrać sobie dowolną słodycz. W tym roku oba dzieci zgodnie wybrały mentos jako że lubują się w mentosach od czasu gdy wraz z tatą zrobiły eksperyment z mentosami i colą. Zrobiły też z tatą eksperyment z sodą i octem, ale jakoś na ocet z tego powodu nie lecą. Spytacie pewnie, co było takie przełomowe poza przemeblowaniem biblioteczki, bo gołe oko tego nie widzi? Otóż okazało się, co najważniejsze, że Małgorzata jest bardzo wycieczkową dziewczyną. Dobrze jeździ samochodem a w terenie idzie w chuście i nie gada za dużo, a gdy chce to zje i idzie dalej. Zupełnie nie utrudnia wycieczek. A także, co nie mniej ważne, że nasze telemaniaki potrafią być w plenerze i lubią się babrać w błocie i nic a nic nie zgnuśniały od zeszłego roku.

Poza tym w marcu nasz starszak polubił eksperymenty, kosmos i znany kanał scifun na youtubie (w kwietniu polubił 5 sposobów na), zatem postanowiono zabrać go do planetarium. Mamy jedno planetarium nieprzyzwoicie blisko, bo w Gdyni, ale ono odkąd wyremontowali i jest najbardziej wypasione, to nie przyjmuje zwiedzających, lecz kształci nawigatorów na eksport. Kiedyś powstanie też planetarium w Gdańsku, ale zanim to się stanie, to nasz starszak może zostać marynarzem i udać się na rzeczony eksport, zatem my zabraliśmy go do kolejnego z najbliższych planetariów umieszczonego na zamku we Fromborku. Pogoda niezbyt dopisała, drogi niezbyt dopisały (po zjechaniu z ruskiej autostrady do Fromborka jedzie się pół-pasmówką) i nawet Ursus niezbyt dopisał, gdyż nie w porę zapełnił pieluszkę i musiał przebierać się na parkingu na rozłożonej kurtce. I pamiątki też zupełnie nie dopisały, bo nie sprzedawali żadnych. I muzeum nie dopisało bo trochę nuda. Ale planetarium się udało tym, którzy je odwiedzili (tylko dwóch takich było wśród nas…). Udały nam się zakupy w Biedronce fromborskiej. I udał się Mikołaj Kopernik. Tego nikt z czytelników nie wie, ale gdy byłam zgrabną 15-latką, to fascynowałam się Kopernikiem i miałam go w awatarze na forach (Czy dziś jeszcze istnieją fora internetowe, czy zostały zupełnie wyparte przez grupy fejsbukowe? ). A dziś, to znaczy w tamtą sobotę, dwa razy starsza mogłam infantylnie usiąść mu na kolanach. Z Fromborka wyjechaliśmy inną drogą niż przyjechaliśmy i ona miała po jednym pasie w każdą stronę. Pojechaliśmy tą drogą do Elbląga, który jest miastem na tyle dużym, że ma maczka. A maczki są dla nas bardzo ważne. Tam odkryliśmy, że można jeść taniej, gdyż za wzięcie udziału w ankiecie przysługuje czis do kolejnego zamówienia. Obrotny kupiec zamówi wpierw jedną bułeczkę, na przykład McDouble, potem z talonem na czisa zamówi kolejnego McDouble’a itd. Albo niechby zamawiał za każdym razem również czisa. Wtedy płacąc za x chisów, będzie mógł zjeść (2x-1) bułek gdyż ankieta nie jest związana z adresem emailowym, a jedynie z numerem paragonu. My niestety zjedliśmy tylko jeden ankietowy czis, bo odkryliśmy mechanizm gdy brzuszki zapełniły się pierwszym zamówieniem, czyli niestety za późno. Smuteczek.

A jeśli chodzi o paragony i drogę z Elbląga, to zatankowaliśmy wówczas gazu za 33 złote po niekorzystnym kursie i paragon z tej transakcji posłużył nam do wzięcia udziału w loterii paragonowej, w której prawdopodobnie jutro wygramy samochód, który będzie dla nas zbyt elegancki i zbyt czarny. Wzięliśmy też udział w miejskiej loterii podatkowej i też prawdopodobnie wygramy samochód lub chociaż konsolę do gier dla Męża, który jest taki młody duchem.

W kolejnym dniu marca odbywał się chrzest jednego zaprzyjaźnionego Jana w kościele świętego Jana. Spotkaliśmy tam jedną z naszych ulubionych cioć, która następnie przybyła do naszego domku na gofry z domowym sosem toffi. A później, jako że dzień był słoneczny, wyjechaliśmy za miasto na spacer wśród krajobrazów. Niestety pogoda okazała się być ładna tylko przez okno, na żywo wiało i uratowały nas tylko kominki dzieci użyte jako czapeczki. Także jabłuszka nie dopisały, bo torebka z nimi się rozerwała i jabłuszka wysypały się na ściółkę. Winnych brak. Dzieci, które znów potrafią być w plenerze, nie zważając na pogodę poczołgały się po górce i powrzucały patyki do wody, a następnie cali brudni udaliśmy się do pobliskiej Castoramy po przedłużacz. Tam zagraliśmy w urodzinowej loterii Castoramy o samochód, ale oczywiście nie wygraliśmy. Prawdopodobnie nasz brak szczęścia w grach związany jest z nadmiarem szczęścia w miłości. Może powinniśmy wziąć fikcyjny rozwód tak jak muszą to robić rodzice przedszkolaków w dużych miastach, by dostać miejsce. Tyle że my w celu nabycia szczęścia w grach i szybkiego wzbogacenia się.

Cóż się jeszcze wydarzyło w marcu? Męża w pracy odwiedził profesor Heller i musieliśmy wybrać zaledwie trzy książki z całej półki posiadanych dzieł żeby podsunąć je do autografu. Poza tym z okazji, która miała nastąpić wkrótce, musiałam wybrać sobie prezent, ale o prezencie i szczegółach wybierania napiszę kiedyś indziej. W marcu także każde dziecko dostało zestaw tęczowej ciastoliny. Jeden ma swoją aż do dzisiaj a drugi zmieszał wszystkie kolory w jeden, a następnie ususzył. Miesiąc zamknęliśmy jedząc najlepsze sushi jakie wyszło spod mężowskiego chwytu sokoła***.

Wpis ten jest pierwszym wpisem w nowo powstałej kategorii Przegląd Miesiąca, gdyż od niedawna blog ma nowego-starego menadżera bloga (ponownie po latach przerwy został zatrudniony na tym stanowisku Mąż) i menadżer teraz zarządza. Jako że menadżer zarządza, to blog ponownie znajdzie się w wyszukiwarkach. Pewnie nie wiecie, ale jeszcze kilka dni temu wyszukiwarki na hasło „Cytrynna” pytały, czy przypadkiem nie chodziło o cytrynę, taki ukryty był blog bez menadżera. A niedawno pozwolono wyszukiwarkom indeksować blog.

*może był to halibut, nie zapamiętałam nazwy, ale sandacz brzmi lepiej jeśli układać o nim piosenkę, a co muzykalniejsi czytelnicy na pewno próbują do moich wpisów tworzyć melodie, prawda?

**Kaszuby mają 4 stolice, Wejherowo, Kościerzynę, Kartuzy i Gdańsk (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kaszuby)

***Robert nas nauczył, że aby zwinąć sushi należy chwytać rolkę jak sokół. Mąż jest w tym dobry.

Reklamy

One Response to Życie w rodzinie wielodzietnej

  1. Paulina says:

    Bardzo fajny wpis! Tak się składa że ostatnio też byliśmy we Fromborku. Chcieliśmy obejrzeć zamek, ale na miejscu okazało się ze to żaden zamek( ten na zdjęciu, na końcu wpisu), tylko kościół obronny! Cała wycieczka po nic gdyby nie to, że dowiedzieliśmy się bardzo dużo pożytecznych rzeczy o Koperniku oraz zobaczyliśmy jego grób – bardzo fajny zresztą. Planetarium pogardziliśmy i nie poszliśmy na seans😀.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s