Obrazy i symbole

Jak często przytrafia się Wam, że coś pozornie nieistotnego nabiera ogromnego znaczenia? Czasem takie rzeczy są przez przypadek, a czasami kreujemy je sami. Na przykład przed pięciu laty chcieliśmy zjeść barszcz czerwony i napisałam o tym na blogu, Mąż przeczytał i z tego powodu co roku w trzecią niedzielę maja obchodzimy święto barszczu. To przypadek kreacji własnej. Do kreacji przypadkowej dochodzi gdy wjedziecie na pinezkę, niby złośliwie podłożoną, a okazuje się, że było to wydarzenie stricte życzliwe, bo dzięki pinezce poznaliście świetnego mechanika i pinezka staje się symbolem. Czytaj więcej

Reklamy

Wszędzie gdzie się da

Pamiętacie, jak zaczął się ten blog? Chyba tylko jeden Maurycy Teo, najstarszy czytelnik, może pamiętać. Otóż blog zaczął się od tego, że zachciało nam się barszczu w maju. Wzięliśmy wówczas nasze młode auto, zostawiliśmy rodzicom jedyne(!) wtenczas dziecko i ruszyliśmy w Kaszuby, a tu zonk! Bo albo lokale obsługiwały komunie, albo nie serwowały barszczu. Barszcz złowiliśmy dopiero w Kościerzynie i był to barszcz wyśmienity. Na marginesie wspomnę, że lokal, w którym wtedy zjedliśmy ten wyśmienity barszcz, innym razem pobrał od nas napiwek w wysokości 1zł wbrew naszej woli. Dzisiaj byśmy taki napiwek dali, ale wtedy nie było nas na to stać.

Od tamtego czasu co roku obchodziliśmy święto barszczu w trzecią niedzielę maja. Raz tylko, w roku 2014 obchody przeniesiono. W zeszłym roku, mimo braku podania tego faktu do publicznej wiadomości, barszcz jedliśmy i to w aż czterech miejscach. Nie inaczej było tym razem. To znaczy było zupełnie inaczej, bo nie w czterech, tylko w trzech i w dodatku każdy miał swój barszcz w każdym miejscu. To znaczy niektórzy, a nie każdy. Ale po kolei.

Tym razem już naprawdę wiedzieliśmy co i jak. Wiedzieliśmy, czego się spodziewać (komunie), wiedzieliśmy gdzie barszcz jest dobry, a gdzie zwykły. I planowaliśmy odwiedzić same nowe lokale zamiast jeść barszcze tylko tam, gdzie się da. A w dodatku dla utrudnienia tylko po jednym lokalu na miejscowość. Zaczęliśmy z grubej rury. Pojechaliśmy do Dziemian, które są kawałek drogi. Tam był pensjonat Dobry Adres. Akurat kateringowali dwie komunie, ale nie przeszkodziło im to w ugoszczeniu nas. W dodatku dzięki tym komuniom mogli podać barszcz, którego normalnie w menu nie mają. Barszcz był dobry, ale potem były lepsze. Właściwie trochę octem walił. Synowie biegali wokół słupa wraz z jednym z komunijnych gości. Panowie na parkingu mieli kłopot, bo nie mogli się dostać do ładnego czarnego BMW. My do ładnego zielonego acz starego Lanosa dostaliśmy się bez problemu.

Następnie odwiedziliśmy Lipusz. W głównej restauracji Lipusza odbywała się komunia i nie otworzyli swoich podwojów dla nas. W Borowej Ciotce pozwoliliby nam się rozsiąść na dworze mimo odbywającej się komunii, ale nie serwowali barszczu. A w takiej małej restauracyjce, w której kiedyś zjedliśmy nieudane pierogi, także mieli zamknięte z wiadomego powodu. A my te wszystkie lokale odwiedziliśmy jeżdżąc w kółko Lipusza wszędzie gdzie się da. Bo może nie wiecie jeśli nie jesteście z Kaszub, ale Lipusz ma taką budowę, że można po nim jeździć w kółko.

Żeby zaoszczędzić czas, rozpoczęliśmy telefoniczny rekonesans równolegle z osobistym. Samochód jechał naprzód a my się dowiadywaliśmy. Szał! Tą metodą dowiedzieliśmy się, że Leśny Dworek w Kornem był nieczynny z powodu komunii, a Dom Celebrytów w Łubianie nie serwował barszczu. Na podstawie nieodebranego połączenia wydedukowaliśmy, że Blue Orange, znany także jako Kaszubskie Jadło nie otworzył się jeszcze po tym, jak w 2014 poszedł na remont.

Przez Kościerzynę przejechaliśmy tak jak gdyby nie było w niej restauracji, bo w Kościerzynie to my jadamy podczas weekendu za pół ceny a nie w Święto Barszczu. Zatrzymaliśmy się w Astrze w Kłobuczynie, ale oni mieli komunie. Chyba dwie. Ominęliśmy Przystanek Łosoś w Egiertowie licząc, że zjemy barszcz w innym miejscu tej wsi. W innym miejscu tej wsi zwanym „obiady domowe” mieli, uwaga uwaga: 5 komunii. Słownie: pięć! Mąż wygooglał, że rzut beretem znajduje się Folkowy Dwór. Trzeba było tylko przeciąć drogę główną (krajową dwudziestkę) i pojechać na wprost przez skrzyżowanie. Ale to było niemożliwe! Z Kościerzyny nadciągały setki aut sznurem jak panny za mundurem. Zanim pokonaliśmy skrzyżowanie, przyszło nam przepuścić co najmniej sto aut! A Folkowy Dworek był oczywiście nieczynny. Zadzwoniliśmy do Przystanek Łososia i okazało się, że jest po co się tam cofnąć. Przystanek Łosoś zaserwował wyśmienity, choć mocno pikantny barszcz. Zapewnił naszym starszym dzieciom dobry kącik do zabaw, a naszej najmłodszej córce przewijak w łazience. Byliśmy bardzo zadowoleni, ale niestety na obsłużenie rachunku przyszło nam bardzo długo czekać mimo dwukrotnych próśb o tenże. Zatem nie zostawiliśmy napiwku. Lubię nie zostawiać napiwku.

Ruszając z Egiertowa zadzwoniliśmy do restauracji Schabowy Raz zapytać co tam u nich. Oni barszcz mieli jeszcze, więc pojechaliśmy tam co prędzej, bo gdyby przed nami zjawił się ktoś inny celebrujący to samo święto, to mogłoby się okazać, że gdy dojedziemy, barszczu nie będzie już. Na szczęście gdy dotarliśmy, wciąż był. Dzieci tym razem bawiły się na dworze podglądane przez szybkę. Wnętrze urzekające, urocze, miłe, przytulne. Barszcze wyborne, do tego Magda Gessler poleciła opiekane ziemniaki, a poza tym jeszcze podano chleb ze smalcem i Mąż objadł się.

Zdecydowaliśmy nie jechać już ani do Borcza, gdzie serwują barszcz pyszny acz drogi ani do Żukowa, gdzie jeśli byliby otwarci, także mieliby barszcz, gdyż po pierwsze się najedliśmy, po drugie córka płakała, po trzecie  chciało nam się spać oraz po czwarte padł nam tablet i nie moglibyśmy zrobić zdjęcia czwartego barszczu tabletem.

Prawdopodobnie od przyszłego roku Święto  Barszczu zostanie na stałe przeniesione. Albo na sobotę poprzedzającą albo na pierwszą niedzielę czerwca. Bo to się nie godzi żebyśmy w święto barszczu więcej czasu spędzali na poszukiwaniach niż na konsumpcji. Dzięki temu akapitowi za rok mamy zupełną swobodę z wyborem daty i nikt mi nie powie, że decyzja nieprzemyślana albo kunktatorska.

Na zdjęciach wiatru nie widać

DSCN1200Wiecie, nie będę ukrywać, że pisać mi się wcale a wcale nie chce, ale patrzę na tego biednego strudzonego Męża, który siedzi naprzeciwko i wiem jak on te wpisy lubi. Myślę o innych czytelnikach, którzy też czekają. I także o tej grupie czytelników, którzy z wpisu dowiedzą się, że jedliśmy barszcz i pomyślą, że nie dbamy o dzieci. Kalkuluję , przeliczam, kładę na szali przyjemności własne i jak zwykle okazuje się, że przegrałam. Dzisiaj macie wpis. Jutro za to umyję sobie wannę.

Czy ktoś jeszcze pamięta jak zainicjował się ten blog? Blog zaczął się świętem barszczu a święto barszczu, w roku 2012 ustanowione, w 2013 zostało przypieczętowane. Rok temu obchód jakoś nie wyszedł, bo już ledwo się kulałam i w stosownym terminie byliśmy tylko skmką w Sopocie, a w Sopocie nie da się kupić barszczu za grosze, DSCN1206bo Sopot to kurort pełną gębą. Ale trzecia niedziela maja jest rokrocznie zwana świętem barszczu i wtedy ten barszcz staramy się jeść w lokalach. Utrudnienie dodatkowe jest takie, że w niedzielę maja odbywają się komunie, ale dzisiaj akurat nigdzie nam komunia nie zakolidowała z naszym barszczem. Albo mieliśmy szczęście, albo społeczeństwo przez te lata rządów ustępującego prezydenta Bula zbiedniało i przyjęciny robi w domu a nie w restauracji.

Jak więc odbyły się tegoroczne odchody znanego na cały blog święta? Zaczęliśmy pysznym obiadem w domu. Były znakomite pyzy z paczki i duża ilość zezłoconej na brązowo cebuli pokrojonej w piórka. Kiedyś nie tknęłabym takiej, ale teraz, gdy mi ona szkodzi, wprost nie mogę się oprzeć. Aha, te pyzy to tylko ja jadłam. DSCN1207Inni jedli zdrowiej. Ursus też bardzo chciał pyzy, ale każdy kąsek jednak wypluwał. Potem miały być lody, ale jakoś nie było. A potem Mąż zrobił frytki. Mąż robi najlepsze frytki w okolicy. Starszy syn w ogóle nie chciał frytek, ale potem mu się zachciało i żałował, że przegapił. Na brzuszkach było tak ciężko, że znów zabrakło spustu na lody. A ponieważ w Gdańsku nie możemy zjeść lodów*, najbliższe lody dopiero za tydzień. No i wyjechaliśmy.

Planowaliśmy odwiedzić tylko lokale barszczowe przy bezpośredniej trasie wiodącej do domu, bo generalnie to szkoda ładnej pogody na jazdę samochodem, a i plecy jakoś nie skaczą z radości za kierownicą.

DSCN1217Do Kościerzyny jechaliśmy okrężnie przez las i delikatnie się spieraliśmy, bo Mąż mówi, że jego weekend trwa tylko dwie godziny, które spędza na dworze, a ja akurat jestem niewinna, bo wczoraj byliśmy na tym dworze tyle ile się dało, ale akurat nie za wiele, bo bardzo wiało. Skądinąd to „bardzo wiało” odbywało się nad Wdzydzami i był koncert, w którym brał udział Mariusz Kałamaga, a ja akurat wiedziałam, że to ktoś znany bo raz mi się obiło nazwisko jak rodzice oglądali telewizję. O tym koncercie wspominam, bo wyobraźcie sobie sytuację: jesteście nad jeziorem, wieje mocno, ale macie kurtkę zimówkę, więc nie jest źle. Gra jakiś zespól i nagle leci „górniczo-hutnicza orkiestra dęta robi nam…”. Już czujecie się młodzi, bo przecież czasy górniczo-hutniczej orkiestry dętej i jej paparara to czasy, gdy jeszcze byliście młodzi i pewnie u Was nie, ale u nas to na każdej DSCN122818-tce leciało a ja chociaż nie lubiłam tych 18-tek, to chodziłam, bo nie byłam dość nonkonformistyczna by nie chodzić. No więc cieszycie się, że górniczo-hutnicza orkiestra dęta znów gra i nucicie, ale okazuje się, że ta orkiestra w wykonaniu wczorajszych wykonawców robi… kebaby. Lubię kebab, ale on tam nie pasował. Odarli mnie z młodości!

Więc wracając do dzisiejszej jazdy, to Mąż nie miał zbyt intensywnego weekendu, ale i ja nie miałam bardziej szałowo niż on. Otóż Mąż wiele tygodni temu obiecał, że w weekendy będę mogła chodzić w Kościerzynie na basen, a on będzie z dziećmi. Basem jest potrzebny moim nadwątlonym i obolałym plecom oraz mojej tuszy, której jeszcze nie ma, ale może nagle się pojawić. DSCN1271Gdy ostatnio byliśmy u doktora, doktor znów powiedział, że powinnam się ruszać. On doktor ma trójkę dzieci, w tym jedno młodsze od naszego i on doktor swojej żonie stwarza warunki do ruszania się. I wtedy Mąż obiecał, że da ten czas na basen, ale zaraz potem dzieci były chore, a potem byli u nas kumple i się nie złożyło żeby basen wyszedł, więc kiedy Mąż zaczął narzekać, to ja mogłam się obronić przez zadeklarowanie większego pokrzywdzenia.

W Kościerzynie oczywiście ominęliśmy Lemon Tree. Pamiętacie jesienną akcję ‚Kościerzyna za pół ceny’, kiedy to Lemon Tree okazało się skasować barszcze za pełną cenę i jeszcze samowolnie pobrać napiwek? Wtedy stracili nas jako klientów. Jakkolwiek ich barszcz jest świetny, DSCN1359to nasze nogi więcej tam nie postaną. Zatrzymaliśmy się za to w Astrze. To taki zajazd, w którym Mąż jako dziecko zatrzymywał się ciągle. Mają tam ładnie i barszcz też mają chociaż w menu informacji nie ma. Ale zapytaliśmy, bo kto pyta, ten nie błądzi. Nie wspomniałam jeszcze, że plan był taki, by w różnych miejscach jeść jeden wspólny barszcz. No to zjedliśmy, Ursus zdobył wstążkę dekorującą krzesło, obejrzeliśmy ogródek i pojechaliśmy dalej.

A potem plan jechania główną drogą wziął w łeb, bo zobaczyliśmy reklamę Gawry i Białego Misia, a kto nas zna, ten wie, że na takie nazwy się złapiemy. Ale było to trochę na uboczu. A jako że my nie używamy gpsu, a mapę mamy tylko najbliższej okolicy, to nie bardzo trafiliśmy. I zrobiliśmy pewnie blisko 20 dodatkowych kilometrów na iście górskich drogach, bo była to taka część Kaszub, gdzie jest jak w górach. W międzyczasie zobaczyliśmy reklamę ‚U Zbója’ i jechaliśmy do tego Zbója, bo nazwa zachęcała (wszak zbóje jedzą barszcze), ale Zbój okazał się być ekhem, ośrodkiem wczasów zdrowotnych a nie karczmą z barszczem. Za to potem DSCN1293Mąż spytał smutnych panów w garniturach o drogę i wskazali nam najkrótszą. Jednak jak człowiek w garniturze to zaraz sensowniejszy. A Biały Miś okazał się być uroczym miejscem z takim sufitem jaki sami byśmy chętnie mieli gdyby był tańszy, lecz nie oferował barszczu ani w swoim menu ani spod lady. Spędziliśmy chwilę na tamtejszym placu zabaw, Stanisław miał nawet ochotę na kąpiel w basenie, ale nie tym razem. Wróciliśmy na główną drogę i pędziliśmy, bo przez te poszukiwania i brak barszczu u Misia straciliśmy masę czasu a niektóre lokale zamykają się wcześniej niż inne.

DSCN1306Kolejnym naszym przystankiem była Rybaczówka. Raz tam byliśmy, ale ktoś akurat brał wesele. Tym razem brali tylko przyjęciny, ale na piętrze, więc na parterze my mogliśmy pić barszcz. I panie kelnerki miały atrakcyjnej długości spódniczki**. A chociaż wystrój miejsca mnie osobiście nie powalił (zbyt nowoczesny), to barszcz był całkiem całkiem i niczego sobie. Do tego stopnia, że część planu dotycząca brania wszędzie tylko jednej porcji też wzięła w łeb- tu zamówiliśmy drugą. W pewnym momencie i Ursus zaczął się krzykami domagać podania mu wspaniałego płynu w kolorze bardzo plamiącym. Ale ja się plam nie boję, bo przecież po to jest dzieciństwo i odplamiacze żeby dzieciństwo było dzieciństwem.

A potem byliśmy jeszcze w Wyczechowie, dokąd ledwo zdążyliśmy. W Wyczechowie raz mieliśmy stłuczkę, na której zarobiliśmy 200 złotych, ale to znowu dygresja. Tym razem DSCN1309nie mieliśmy stłuczki, a oni nie mieli papieru toaletowego w łazience ani kiełbasy leśnej, którą lubimy. No i już prawie zamykali. I każdy był już zmęczony. Ale barszcz wypity, pasztecik zjedzony i szlus!

Przed powrotem do domu mieliśmy jeszcze jeden przystanek w jakiejś wsi, bo Ursus sobie przypomniał, że nie pił mlesia. Próbowaliśmy tam nabyć bułki drogą kupna, ale oferowali tylko starą chałkę za 2,40. No więc pojechaliśmy do marketu po drodze po świeże bułki i wróciliśmy do domu. Dzieci się wykąpały i poszły spać, a my siedzimy sobie naprzeciwko siebie w salonie i cieszymy się z kolejnej zaliczonej podtrzymanej tradycji. Och ach!

Wnikliwy obserwator spostrzeże, że czapka ubogiego krewnego znowu w akcji! Znów pojawiają się głosy, że ubieram dziecko jak ‚dziecko cygańskie’, ale to nieprawda!  Cyganie noszą się o wiele lepiej niż my. My nosimy się wygodnie i czasem czysto, ale jeśli ładnie, to tylko przez przypadek.

DSCN1343*Już wkrótce przestaną grzać, przesuniemy grzejnik w kuchni i kupimy sobie lodówkę z zamrażalnikiem. Wtedy będziemy jedli lody bez przerwy. Na razie korzystamy z takiej, która zamrażalnika nie ma i w ogóle nie jest nasza. I stoi w przedpokoju. I jeśli chłodzimy w niej ciasto, to musimy wyjąć masło, bo taka jest mała. Ale to już naprawdę niedługo. Maj się kończy, więc ile można grzać? Śpimy prawie na golasa i przy otwartym oknie. Nigdy nie spałam w takiej skąpej piżamce jak obecnie.Próbowaliśmy zakręcić kaloryfer, ale on wtedy zaczął tryskać wodą, więc musieliśmy go odkręcić i dalej śpimy prawie na golasa, ale to tylko dygresja.

**Jeżeli spódniczka jest atrakcyjnej długości, to chętnie zawiesza się na takiej oko. Im krótsza tym chętniej rzecz jasna. Na spódniczce oczywiście. Bo krótkie spódniczki są ładne. Podobnie jak małe misie, szczeniaczki i kociaczki.

DSCN1351

O wywieraniu nacisku na otoczenie

DSCN8042Nasze małżeństwo bardzo lubi rocznice a dzisiaj mieliśmy akurat podwójną i z tej okazji zamiast wyłożyć się teraz do góry brzuchem zostałam zobowiązana do stworzenia tego krótkiego wpisu o dzisiaju. Nie czuję się jednak dotknięta, bo od leżenia do góry brzuchem boli pewien odcinek kręgosłupa. Rok temu 18 maja był sobotą a my spędziliśmy ją w mieście, bo akurat miał być katolski spęd, który nas interesował. Czas do spędu spędziliśmy trochę nad morzem, a trochę gdzie indziej. Potem był spęd, po którym mieli się do nas  odezwać, ale rok mija, a telefon milczy. Padała ulewa i zmókł nam wózek. Było fajnie. Idealny dzień do świętowania i udało się go zupełnie dobrze zupełnie przypadkiem powtórzyć.

Ważniejsze jednak jest to, że odkąd blog istnieje, trzecia niedziela maja jest świętem barszczu czerwonego. Obchody święta barszczu zostały jednak zaburzone, bo ani Lemon Tree, które odwiedzamy zawsze w ten dzień, nie jest czynne, ani my nie mamy auta. Auto zaniemogło w czwarteczek i lekarz, do którego trafiło w piąteczek DSCN8074stwierdził, że przetrzyma je przez weekend w oczekiwaniu na implant z Warszawy (nie przeszczep, bo przeszczep jest używany, po kimś). Biedny zieloniutki. O ile nieistnienie Lemon Tree nie jest dużą przeszkodą, o tyle brak auta już nią jest. Poza tym auteczko zawsze było z nami tego dnia i bez niego nie moglibyśmy cieszyć się barszczem. Za miejsce spędzenia dzisiaj dnia obraliśmy sobie Sopot, bo to fajne miasto i można do niego dotrzeć eskalemką. Ale w Sopocie znamy tylko jedno miejsce z barszczem i jest to miejsce drogie, a barszcz w nim serwowany jest z kartonu, więc obchody święta barszczu przeniesiono a dziś spędzaliśmy rodzinną niedzielę nad morzem.

Było bardzo rodzinnie. Mieliśmy cynk z internetu, że odbywa się tam festyn dla rodzin. A może festiwal. W każdym razie miało być „śniadanie na polanie”, która była akurat plażą. Wstaliśmy późno, bo nikt nie budził wcześnie, zjedliśmy co popadło (akurat popadł dobry chleb z dobrą szynką, którą kupiłam w piątek bez kolejki) i poszliśmy na eskalemkę. Dojechaliśmy do Sopotu w kameralnym przedziale i powędrowaliśmy nad morze. Synek znów zadziwił, bo chociaż ostatni raz nad morze w Sopocie szedł w środę przed tłustym DSCN8088czwartkiem, to doskonale kojarzył, że wówczas klaun grał na gitarze i wspomniał o tym. Synek miał nową czapkę, która nie jest może zbyt dizajnerska, raczej taka trochę z tyłka, ale jest z bawełny, chroni od słońca i chroni uszka. Gdyby na uszkach się nie odwijała, byłaby bardziej dizajnerska niż z tyłka. Następną zrobię tak, że się odwijać nie będzie. Czapka jest z prototypu, który powstał rok temu. Ta nie ma już wad w postaci niestarannego uszycia, ale nie jest jeszcze doskonała. Za to pasuje do dresików, jest z bawełny i, co najważniejsze, posłuży synkowi przez wiele lat, bo się dobrze naciąga. No i miał skarpetki w paski w kolorze bluzy oraz spodni, a na jednym z rękawów bluzy łatkę w kolorze spodni. Był ubrany bardzo pro. Jak nie nasze dziecko. Bo jeśli chodzi o ciuszki, to my akurat mamy inne priorytety i nosimy się niedbale (tu przypomnę, że ja ciążę przechodziłam w trzech sukienkach i nie planuję już żadnej nowej).

Śniadanie trwało od 11, a my dotarliśmy tam chwilę po 12 i NIE BYŁO JUŻ NIC do jedzenia. Były za to soki. Ja wypiłam ich tyle, żeby podróż w obie strony mi się zwróciła, czyli skromne 5 kubeczków. Gdybyśmy jechali samochodem, nie musiałabym wypić nic, bo zieloniutki wozi nas za darmo, a my za to dobrze o niego dbamy i dajemy mu takie picie jakie lubi. Uwielbiam sok pomarańczowy, ale poza ciążą wywoływał on migrenę. Teraz nie. Mąż był bardzo głodny, mieliśmy jednak banany i one uratowały sytuację. Synek był uradowany, bo był tam porządny piasek i kamyczki (w domu ma porządną piaskownicę, ale kamyczków tylko tyle, co sobie naniesie), a on-synek miał spycharę, czyli traktor duplo. Spychara sprawdzała się znakomicie w tym piasku, a inne dzieci, trochę bardziej dizajnersko ubrane, patrzyły tęsknie na ten sprzęt. Jeden chłopiec miał łyżkę, a inne dziecko nie miało w ogóle czym bełtać w piachu. DSCN8158Dzieci nie mają dobrze. Rodzice zapewniają im ciuszki zamiast frajdy.

Obejrzeliśmy też stoiska, ale minky nas już nie interesuje, bo mamy swoje. Były książeczki dla dobrych rodziców i ich dzieci. Jedną synek już ma więc podczas pokazu brylował błyskotliwymi odpowiedziami na pytania pani, druga była ładna, ale psychodeliczna trochę. Na szczęście ostatnia i zeszła na pniu zanim zdążyliśmy powiedzieć, że jej nie chcemy. Trzecia to był Gruffalo. My mamy Gruffalo od lat, ale po angielsku i z guziczkami dźwiękowymi, więc lepiej. Podobno teraz robi furorę w Polszy. Był też piasek kinetyczny i fajne klocko-puzzle. Nieopodal dzieci wąchały ziemię, która pachniała lasem. Nasze dziecko nie musiało, bo dla niego ten weekend to akurat jeden z nielicznych weekendów bezleśnych a nie odwrotnie. Zdobyliśmy balonik i wiatraczek.

Potem byliśmy na placu zabaw, który był duży i fajny i pełen ludzi z dziećmi a bez psów! Mąż był jak to zwykle na placu zabaw bywa głównym tatą dla innych dzieci, bo inni rodzice siedzieli sobie na ławkach dookoła placu a ich dzieci spragnione rozmówcy zwracały się do tego najwdzięczniejszego*. Niestety, nie doczekaliśmy się w kolejce po bezpieczną huśtawkę, bo dzieci zajmujące dwie takie były bardzo z huśtawek zadowolone. A iść dalej musieliśmy, bo znów byliśmy głodni. Przyczepiła się do nas na chwilę pani jakaś dzika, co wyglądała normalnie i alkoholem nawet nie pachniała, za to coś brąchała, że niedługo to dwa wózki pojadą, bo ten to spacerówka i że ona widzi, że dziewczynki to już nie będzie, bo z tego co widzi, to to już ostatnie. Nie wiem, po czym to widziała, bo kulam się bardzo ładnie i dzielnie, ale Mąż ją spławił życząc jej wszystkiego dobrego, a ja o kwasie szybko zapomniałam, bo nie zwykłam żywić urazy. Był tam dziś i słynny na całą Polskę Palikot, ale jakoś się rozminęliśmy.

Na placu przy molo rozdawali niebieskie balony od platformy, ale nie braliśmy. Ursus bardzo naciskał by szybko gdzieś usiąść. Przysiedliśmy i posiedzieliśmy, po czym lunął deszcz, więc schowaliśmy się w księgarni. Potem wróciliśmy do domu zatłoczoną eskalemką, w której był pan, co mi miejsca ustąpił i dzidziuś, co się DSCN8176synkowi spodobał i inny chłopiec o imieniu Ksawery, którego rodzice wieźli telewizor  i upuścili ten telewizor na peronie po wysiąściu. Podczas powrotu (ale już na peronie w Sopocie) okazało się, że Mąż pachnie jak sprzed lat. Od lat nie pachniał tak dobrze. Twierdzi, że to wiosenny deszcz na czystej koszulce.

A potem synek sam się domagał, by iść do kościoła, co jest o tyle nietypowe, że nie każdy kościół lubi. Ale naszą już-wkrótce-parafię lubi bardzo.

Dzisiejszy dzień jest jeszcze radosny z innego względu- wrócił synka dziadek a Męża Tata i byliśmy wieczorem na rodzinnej kolacji. A potem wróciliśmy do domu i synek padł w 5 minut zmęczony jak koń po westernie.

*Dzieci i studentki Męża uwielbiają. Mąż najbardziej lubił Filipka z Borkowa, który domagał się obietnicy, że „wujek” jeszcze przyjdzie. I przyszedł.

DSCN8153

Maślaczek

DSCN9593Nie będzie to wpis o moim maślanym Mężu ani nawet o maśle, którego nam zabrakło wczoraj późnym wieczorem. Będzie to jak zwykle wpis o dzisiaju.

Trzecia niedziela maja jest u nas od lat świętem barszczu. Konkretnie to od zeszłego roku. Przy czym rok temu jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Tym razem wypadła nam w tak zwane Zielone Świątki, które vox populi zwykł tak nazywać. Ponieważ jest to niedziela maja, to sama nazwa wskazuje, że restauracje wcale nie czekały na gości z barszczami, bo miały komplet swoich, porządnie ubranych. My też nie jesteśmy zbyt bogaci i celebrowanie barszczu na Kaszubach ograniczyliśmy do dwóch znanych, wypróbowanych i najlepszych restauracji.

Pierwszą z nich było oczywiście Wyczechowo, gdzie zamówiliśmy dwa barszcze i 3 paszteciki, co kosztowało dokładnie tyle co dwa barszcze z pasztecikiem. Jednego pasztecika mieliśmy więc za darmoszkę jako zorientowani lecz nie stali bywalcy. DSCN9726Zajęliśmy stół w altance i synek przerzucał kamyczki oraz chodził dookoła altanki. Przynosił też mlecze, lecz nie zrywał innych kwiatów, gdyż ma mnóstwo wyczucia. Nami się zainteresował, gdy na stół wjechało żarełko. Paszteciki były solidnie mięsne i bardzo smaczne, gdyż Wyczechowo słynie ze swoich mięs, co potwierdziła odręcznym podpisem sama Magda Gessler. Synek skuszał się na przydzielony mu pasztecik tylko po zanurzeniu tegoż w barszczu. Było bardzo sielsko i miło, aż nagle synek zaczął zwracać spożyte mięsiwo. Bardzo ubolewaliśmy nad straconym posiłkiem, na który każde z nas z osobna i oboje razem lecieliśmy, ale był to w końcu ten pasztecik za darmoszkę, więc jakoś to przeżyliśmy.

Jechaliśmy dalej a synek pił i było mu coraz lepiej (nie było mu wcale źle). Dano nam znaki, ze będzie policja i była. Chcieliśmy przystanąć w innym lokalu, ale pełen był wystrojonych ludzi. Dotarliśmy do Kościerzyny, w której skorzystaliśmy z kolejnego nie używanego przedtem parkingu. Poszliśmy do Lemon Tree, którego barszcz jest bezkonkurencyjny. Pamiętano nas oczywiście. Oddałam synkowi 80% moich kołdunów. Zjedliśmy i pojechaliśmy do domu po wózek i koc piknikowy.

DSCN9675Przejechaliśmy do „naszego” zagajnika w L. i stamtąd odbywaliśmy piesze wycieczki dopóki synek nie spał. Potem mieliśmy piknik, a potem synek zasnął i dalej wycieczkowaliśmy. Szliśmy przez las i rosły jagody. Prawdziwe jagody, które za kilka słonecznych dni dojrzeją. Przeszliśmy nawet koło ambony, na którą co niektórzy wdrapywali się dwa dni (!) przed porodem. Akurat ci co rodzili się nie wdrapywali. Synek spał i spał a my szliśmy i szliśmy. W pewnym momencie minęli nas kolesie w golfie dwójce puszczający techno, lecz podczas mijania jechali naprawdę powoli i wyciszyli techno zupełnie. To była kulturka.

Wróciliśmy do domu, gdzie byli już rodzice oraz mrówki które sobie w kuchni wyhodowali. Pożyczyliśmy od taty lepszy klucz i zagoniliśmy Cytrynnę do wymieniania kół w Lanosie, gdyż z powodu uszkodzonych felg nie można ich było wymienić wcześniej. Cytrynna jest jedyną osobą w całej rodzinie, która się do czegoś nadaje. Akurat kręciła śrubkami i z lewej strony przyglądał jej się Mąż, a z prawej teść, na plecach siedziała jej setka komarów i gryzła, a w tym czasie Staszkowa babcia powiedziała matce synka, że on brudnymi rękami dotyka twarzy i co robić? Tylko Cytrynna potrafi umyć ręce dziecka dokładnie i to bez krzesełka, DSCN9665na którym to dziecko by stało. Cytrynna zrobiła swoje z poświęceniem wielkim. Nogi ma całe pogryzione, a plecy swędzą też bardzo. Dzisiejsze powtórzenie zdjęć do kalendarza Pirelli przyniosło nową wiedzę teoretyczną o zmienianiu kół. Jeśli ktoś kiedyś straci koło w naszym towarzystwie, my wiemy jak je fachowo odkręcać.

Po zmianie kół zajęto się rozglądaniem. Wyrosło dużo niezapominajek i jest bardzo ładnie zielono. Królik miałby używanie. Kolejny rok pojawiają się dzwonki sadzone w 2010, które jednak mają tylko liście, od lat niezmiennie. Cytrynna, która zawsze dojrzy grzybka, dzis dojrzała maślaczek. Prawdziwy. Dzisiaj. Są dowody, że zdjęcie powstało dzisiaj. Za płotem rośnie taki jeden.

Z powodu obsuwy czasowej musieliśmy odwołać wspólny przyjazd do rodzinnej wioski Cytrynny i biedaczka jutro sama musi szurnąć pociągiem ze Staszkiem, a żadna to przyjemność szurać pociągiem, ale i szurać dzisiaj po nocy by nie było zbyt miło. Dzisiaj jechała do Gdańska przy zapadającym zmroku i panowie jełopy świecili jej w oczy swoimi światłami. W pewnej chwili jeden okropny jełop oślepił ją DSCN9759na zakręcie i Mąż twierdzi, że nieswoim pasem jechała, ale to nieprawda. Mąż twierdzi, że prawda i że jełop aż ostrzegł zapalając długie. Ale Cytrynna jest przekonana, że pasa nie zmieniła (Męża też oślepiło i mylić się może), natomiast długie światła jełopa były odpowiedzią na puszczone przez Cytrynnę światła, które miały jełopa przywołać do porządku, co by nie walił po gałkach. To prawda! Tak było.

Wjazd do miasta był oczywiście najgorszym elementem podróży. Mimo, że po wjechaniu do miasta droga robi się jak w stolicy i można sprawdzać ile fabryka dała (Cytrynna zawsze sprawdza) oraz poprawia się widoczność na drodze dzięki latarniom i jest naprawdę na poziomie, to jednak miasto daje odczuć, że jest miastem i to niefajnym miastem. Po mieście grasują Niemcy! Jeden Niemiec i to w autokarze znalazł się na Cytrynninym pasie, a było to zbyt blisko celu by opłacało się pas zmieniać i znów zmieniać. Zresztą nikt się nie spodziewał, że z Niemca taki słaby kierowca. Zasłonił widoczność, hamował zbliżając się do świateł (ledwo co zdążył na zielone on i Cytrynna), nie ruszał DSCN9807na innym zielonym zbyt żwawo, a przegiął, gdy na skrzyżowaniu, na światłach stanął i zapalił awaryjne (blokując widoczność i możliwość zmiany pasa) po to tylko by zgarnąć laskę. Ruszył z laską po to, by 300 metrów dalej stanąć pod hotelem (brał ją na 300 metrów prostej drogi!!!). Cytrynna gotowa była wyjść z siebie, ale tylko trąbiła i trąbiła. Wysadziła chłopaków i pojechała odwieźć auteczko. Gdy odwoziła, na niedawno załatanej ulicy Tandeta o mało co nie wjechała w PENISIARSKO zaparkowany peżot. Peżot stał we wlocie do ulicy w odległości bezsensownej od krawężnika i wymuszał by mijająca Cytrynna korygowała wjazd w zakręt oraz szurała felgami po przeciwnym krawężniku.  Gdy opowiedziała o zdarzeniu swojemu spokojnemu stoickiemu Mężowi chcąc zaproponować rozwiązanie podobnych problemów na przyszłość, Mąż sam zaproponował oczekiwane rozwiązanie i w efekcie już opłacone, w drodze do nas jest 100 naklejek za złe parkowanie, ale nie takich wulgarnych jakimi nas potraktowano, lecz karnych łosi.

DSCN9760

DSCN9557